czwartek, 18 stycznia 2018

Nowa w oddziale!

Pójść…? Pójść z wami…?
Słowa wypowiedziane przez mężczyznę docierały do niej jakby z opóźnieniem. Spodziewała się wielu odpowiedzi, w tym kilku kończących jej żywot w makabryczny sposób, ale nie takiej. Z początku przyglądała się dowódcy w osłupieniu, a po chwili obrzuciła spojrzeniem jego zdezorientowany ów decyzją oddział. Szukała oznak złośliwego żartu lub potwierdzenia przesłyszenia się.
Nie rozumiała, skąd się brało narastające w jej piersi uczucie paniki. Potrzebowała kilku dłużących się sekund, aby w ogóle przemyśleć zaistniałą sytuację. Rzadko się bała. Wilkowaci, a szczególnie wojownicze szczepy tej rasy, od dziecka uczyli się zwalczania strachu. Z jednej strony pozwalało to członkom plemienia na brawurowe, bezlitosne (i bezmyślne) ataki, z drugiej - przyczyniało się do usypiania prawidłowo działającej podświadomości, ostrzegającej przed niebezpieczeństwem. Tak czy inaczej, Sheolo się bała. A to stanowiło dla niej coś dziwnego, niecodziennego.
Odetchnęła cicho i postąpiła parę kroków naprzód, błędnym wzrokiem poszukując odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Co powodowało strach? Dlaczego się wahała? Czy to przywiązanie do rodzinnych lasów?
Jakie przywiązanie?, pomyślała z goryczą wymalowaną na ustach. Od zawsze marzyłam o ucieczce. Teraz nie muszę już uciekać, ale…
Ignorując nerwowe gesty co poniektórych żołnierzy, wyszła na sam środek placu, który do tej pory znajdował się w centrum wioski Dur’Khan. Obejrzała zmasakrowanych Wilczurów leżących we własnej krwi, podobnie, jak niedawno oglądała zwłoki bezbronnych ludzi z karawany. Z tą różnicą, że ludzi było jej szkoda, a współplemieńców? Wcale.
Dogasające stosy; chaty obrócone w strzechę, zakrywającą strzępy pozostałe po futrach egzotycznych, upolowanych ich rękami zwierząt. Stygnące ciała, w których krew gorętszą chciała być od ognia, żarliwszą od herezji władającej ich umysłami. Dokładnie tyle zostało z rodziny, jaka, zdaniem Onki, była prowadzona przez Przodków.
- Tyle warte są wasze truchła, ile cała twoja herezja, matko! - powiedziała nerwowym, acz nie bardzo podniesionym tonem młoda wilczyca, zupełnie, jakby chciała wyprzeć swój strach złością.
Ale jedynym, co jej wówczas odpowiedziało, była głucha cisza odpowiednia śmierci oraz ciche brzęczenie metalowych części zbroi oddziału, zbierającego się do powrotu z pola bitwy.
Było w tym coś jeszcze. Spojrzenie, którego, patrząc w przeciwnym kierunku, nie mogła zobaczyć.
- Matko? - zapytał krótko znajomy już dla dziewczyny głos.
Westchnęła.
- Przeszkadza ci to, kim jestem?
Mężczyzna otworzył usta, by coś odpowiedzieć, jednak, po chwili zastanowienia, zamilkł.
- Nie jestem twoim wrogiem - uciął w końcu, zbliżając się stępa do grupy sanitariuszy doglądających dzieci.
Sheolo nie potrafiła wyłapać sensu rozmowy z tym człowiekiem. Zaczynając od tego, że od niemowlęcia wpajano jej, iż do takiej rozmowy w ogóle nie mogłoby dojść. Kontakt z ludźmi należał do kolejnego objawienia - zdewastowania jednego z nieskończonych kłamstw matki.
- Wybacz - mruknęła w końcu, niepewna, czy ją słyszy. - Chodziło mi o to, że rodziny się nie wybiera.
To nie była moja rodzina.
W myślach wyliczała wszystko, za czym mogłaby tęsknić. Stopniowo odkrywała, że jedynym, co wiąże ją z tym obszarem, jest ślepe przywiązanie, a raczej - obawa przed nieznanym, bowiem nie znała niczego poza lasami dzielonymi przez Pumy i Dur’Khanów, z dodatkiem niewielkiej części wyżyn Wężowatych.
Właśnie, Wężowatych.
Poczuła nieprzyjemny przewrót w żołądku.
Gdzie byłeś, Assiento? Czy kiedykolwiek ci zależało? Czy przyszedłbyś tutaj po moje ciało, gdyby wszystko poszło źle?
Wzbierał w niej gniew do przyjaciela. Docierało do niej, że Gad był kolejnym dzikusem stosującym proste, schematyczne zasady. Świat miał być czarno-biały, a wszelki kontrast oznaczał wojnę. Od poglądów Dur’Khan różniło go jedno - brak emocji. Coś, czego nie mogła, nie chciała i nigdy, nawet za cenę stracenia, nie zdecydowałaby się przyjąć za pewnik. Faktycznie, miała w tym sporo racji - Assiento, jak przystało na Wężowatego, nie zagłębiał się w motywy filozoficzne, nie ulegał też bodźcom emocjonalnym ani religijnym. Jego psychika działała zerojedynkowo.
Zrazu, Sheolo przypomniała sobie o ostatniej rozmowie z kolegą. O śnie, jaki, według niego, należał do mrzonek wywołanych heretyckimi wyobrażeniami. Przypominała sobie obrazy zapamiętane w onirycznej wizji, zestawiając je z ostatnimi wydarzeniami.
Wilk, jej oczy, atak. Onka sięgająca po sztylet i unosząca dłoń w geście sądu ostatecznego.
Przodek, przyglądający się tragicznej scenie. Burza.
Świetlista istota, ściągająca wilka w otchłań. I…
Sheolo obróciła się z impetem, trafiona nagłą potrzebą zobaczenia dowódcy. Człowieka, który ją ocalił. Jej oczy wyrażały głęboki szok. Wojownik, stojący najbliżej Wilkowatej, ze zdumieniem odsunął się parę metrów, nie rozumiejąc zachowania dziewczyny.
Na boku, mężczyzna pytał medyków polowych o stan dzieci.
- Nie jest z nimi dobrze. Są w szoku, a poza tym, te potwory zraniły niektóre z nich. Jeżeli chcemy doprowadzić je żywe, musimy się nimi zająć. I to szybko - tłumaczyła, sądząc po głosie, sanitariuszka.
- Słyszeliście, chłopcy. Wynosimy się stąd. Czekamy jeszcze tylko na decyzję znajdy.
Wilkowata w tym czasie kucała przy zwłokach matki, kątem oka zerkając na wysuszoną obłędem twarz kobiety. Nie dane jej było zobaczyć twarzy własnej matki od co najmniej piętnastu lat. Słabo ją pamiętała. Jednakże, obiektem zainteresowania Sheolo nie było ciało Onki, a potężny oręż, jaki parę chwil wcześniej prawie pozbawił ją życia, a który - ironicznie - został stworzony właśnie przez młodą Wilkowatą, kiedy ta ukradła jeden z nierozumianych przez siebie skrawków pergaminu z wioski Wężowatych.
Słysząc słowo “znajda”, ocknęła się.
- Co…? Nazywam się Sheolo.
- Dobrze, znajdo, spieszy nam się. Zdecydowałaś? - Obejrzał się do niej. - A to co, bierzemy łupy wojenne?
- Sheolo - mruknęła grobowym tonem, z wolna się irytując. - Ta kosa… - Zawahała się, czując ciężar winy na sercu. - Należy do mnie. Własność matki przechodzi na córkę.
- Nigdy nie zamierzałem tego kwestionować - odparł, patrząc po swoim oddziale. - Bierzcie dzieci na konie. Macie jakiegoś wolnego dla naszej znajdy?
Pomimo pewnych obaw, związanych z mikrouszkodzeniami mięśni ramion, dziewczyna w sekundę dźwignęła ciężką kosę, przełożyła ją sobie na plecy i szybkim krokiem podeszła do sanitariuszki.
- Hej, ty. - Kobieta spojrzała zaskoczona na dzikuskę. - Jak nazywa się wasz dowódca?
- Pan… um. - Dukała. - To znaczy… książę Kadan.
Sheolo pokiwała głową, po czym obróciła się do siedzącego na koniu księcia.
- Te, słuchaj, KaJdan - zawołała, dokładnie akcentując jedną z liter. - Jesteś wysoki na tym koniu, ale jeszcze raz mnie nazwiesz znajdą, to ja cię z tego konia wyrównam.
Wśród żołnierzy można było usłyszeć zduszony śmiech. Najbardziej rozbrajającą była reakcja księcia, oglądającego się na swoich ludzi.
- Kajdan, tak? - rzucił mężczyzna i zeskoczył z końskiego grzbietu, żeby zaraz podejść do Sheolo i spojrzeć na nią z góry nawet mimo to, że oboje stali na ziemi, tuż obok siebie. - Jak widać jestem wysoki i bez wierzchowca. Skoro uważasz, że dasz radę, spróbuj nieco mnie “wyrównać”, ale uważaj, żebyś sobie przy tym ząbków nie połamała. A teraz zbieraj dupę jeśli masz zamiar iść z nami, bo nie zamierzam zostać tu ani minuty dłużej.
Orientując się, że obcy lider rzucił jej swoiste wyzwanie, odruchowo opuściła głowę, ale na jej twarzy wciąż pozostawał uśmiech. Ledwo skończył mówić, odpowiedziała mu:
- Jestem ci wdzięczna. Ratujesz nie tylko swoich. Uważam, że jesteś dobrym przywódcą. Pójdę za tobą.
- Tak lepiej. - Dowódca znów podszedł do swego rumaka i wskoczył na jego grzbiet by ruszyć przodem, popędzając tym samym swoich ludzi. W tej chwili najważniejsi byli ranni. Trzeba było rozbić obóz i zająć się nimi.
Sheolo zerknęła na sanitariuszki uwijające się z podsadzaniem ostatnich dzieciaków na konie prowadzone przez innych wojaków.
- Pomóc wam…? - zapytała, bez zbytnich nadziei na pozytywną reakcję.
- Damy sobie radę - skwitowała krótko kobieta, zerkając podejrzliwie na Wilczycę, która tylko zacmokała.
- Hej, młoda, tutaj! Zobacz tego! Lubisz wyzwania? Na tym skubańcu nikt za młodu nie chciał siadać.
Dziewczyna odwróciła się do jednego z żołnierzy, podprowadzającego w jej stronę dość pokaźnych rozmiarów ogiera. Pokazała zęby w uśmiechu.
- A jakże! Dawaj mi go tu.
- Nie martw się nimi. Młodzi są, mało widzieli. My, starzy, zęby już zjedliśmy na tej całej wojnie i świadkowaliśmy różnym dziwom. Oni muszą się jeszcze przyzwyczaić do życia - powiedział, przytrzymując wodze konia i upewniając się, czy Wilczyca poradzi sobie z ujeżdżaniem go.
- Dziękuję. To miłe z twojej strony - odparła, nie wiedząc, jak inaczej mogłaby to skomentować. - Chociaż przyznam, że myślałam …
- Że jest odwrotnie? - zachrypiał rozbawiony mężczyzna. - Znasz nas, ludzi, tak samo słabo jak oni ciebie. Pamiętaj o tym. Oni też nie wiedzą, czego się po tobie spodziewać, a ludzką naturą jest strach przed nieznanym.
- Naprawdę? - mruknęła. - To chyba mam więcej wspólnego z człowiekiem, niż sądziłam… - zażartowała pod nosem, zamyślona.
- A cóż, że Nieczłowiek? Wyglądasz jak my, mówisz jak my i teraz będziesz z nami walczyć! Dla mnie już jesteś jedną z nas!
Spojrzała na swojego rozmówcę z grzbietu konia. Odczuła napływ sympatii. Jego słowa należały do najmilszych, jakie usłyszała przez całe siedemnaście lat swojego życia.
- No już, dziadku! Bo jeszcze nam ją spłoszysz! - zaśmiał się jakiś młodzik, po czym zakaszlał. Przysłowiowy dziadek pomarudził coś żartobliwie o braku szacunku do starszych i zaczął chwalić kult rodziny spotykany u większości Nieludzi.
Sheolo spięła grzbiet konia nogami, kierując zwierzę za resztą oddziału. Ogier faktycznie miał skłonności do wierzgania, ale silne, przywykłe do szarpaniny mięśnie Wilczycy nawet tego nie wychwyciły. Zresztą, dziewczyna i tak była zbytnio zajęta przyglądaniu się jednemu z ludzi.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - spytał Alerarti, zerkając na swego pana. Nie kwestionował oczywiście jego rozkazów, co więcej wiedział, że osądy księcia zazwyczaj okazują się trafne, ale istniała mała szansa na to, że jego dowódca nie przemyślał swoich działań. Jak i wszyscy, którzy służyli Kadanowi nie miał nic przeciwko nieludziom, ale zabieranie ze sobą przedstawicielki plemienia, które właśnie wycięli w pień zdawało się szaleństwem…
- Jak widać nie chce zemsty, już by po nią sięgnęła, gdyby tak było. a jeśli walczyła dla ludzkich dzieci… może i walczyć dla innych - rzucił książę ucinając temat. Nie, nie miał całkowitej pewności, że robi dobrze. Tej nigdy mieć nie można, ale nie zwykł osądzać nikogo od tak, biorąc pod uwagę czyjeś korzenie. Sam przecież próbował odciąć się od tego kim i jaki powinien być. Zbierał więc wokół siebie i innych, którzy, tak jak on sam, szukali swojej własnej sprawiedliwości i swoich własnych przekonań.
Obóz rozbili kilometr dalej, oddalając się jedynie na tyle, na ile było to konieczne, by opuścić ziemie należące do innych plemion nieludzi.
Oddział Kadana nie wyszedł z potyczki bez szwanku. Piętnastu ludzi zostało rannych, w tym trójka z nich bardzo poważnie. Mimo to sama bitwa była wielkim sukcesem. W końcu nikt z nich nie poległ, co było niezwykłym wyczynem w walce z całym plemieniem Wilkowatych, którzy słynęli ze zdolności do walki, wytrzymałości i bitewnego szału pozwalającego im walczyć w chwilach, gdy ktokolwiek inny padłby już targany konwulsjami agonii.
Ten ogromny sukces nie cieszył jednak Kadana. To zwycięstwo miało gorzki smak licznych trupów niczemu niewinnych ludzi, których książe przybył tu, ratować. Młody mężczyzna cieszył się oczywiście z faktu, że udało się uratować przynajmniej dzieci, które wrócić mogły teraz do swoich dalszych rodzin lub zostać oddane pod opiekę właściwych ludzi. Tak samo pokrzepiający był fakt zniszczenia plemienia, które mogło być niczym innym, jak dalszym zapalnikiem kolejnych, tragicznych w skutkach wydarzeń. I tu jednak odczuć można było cień goryczy… Kadan nie lubił zabijać. Robił to, gdy musiał. W tej chwili musiał, nie żałował podjętej decyzji, ale… wolałby jej zwyczajnie nie podejmować.
Sheolo podążyła za innymi jeźdźcami, przywiązując konia do jednego z drzew okalających obozowisko. Czuła się co najmniej dziwnie. Mimowolnie oglądając się od czasu do czasu na drogę, którą tam przyjechali, walczyła z towarzyszącym jej, nieprzyjemnym uczuciem. Nie potrafiła go nazwać. Przypominało jej to mieszankę ekscytacji z poczuciem winy.
Ludzie rozpoczęli intensywne prace. Ściągali z koni skórzane zawiniątka, stawiali namioty, rozpalali ogniska. Sheolo poczuła się w tym zagubiona - jako wilczur, miała odruchową potrzebę wsparcia oddziału, który w jej myślach kojarzył się z nową watahą. Rozglądała się, próbując znaleźć dla siebie zajęcie. Jej oczy spotkały się z nieprzytomnym, zamglonym spojrzeniem jednego z ciężko rannych. Na ten widok, brwi dziewczyny powędrowały w dół, a usta nieco rozchyliły się w wyrazie konsternacji. Po chwili jednak zebrała się w garść i podeszła do sanitariuszy, pytając, czy czegoś potrzebują. Młoda medyczka już zrobiła wdech, by coś powiedzieć, ale uprzedziła ją sanitariuszka prowadząca.
- Mamy wszystko, czego nam trzeba - zagrzmiała. - Zajmij się sobą.
Dziewczyna obrzuciła spojrzeniem ludzkie zapasy.
- Gdyby wam zabrakło ziół albo skóry…
- Odejdź. Radzimy sobie.
Wilczyca uznała, że nie ma sensu się kłócić. Pokiwała głową, a młodsza medyczka wzruszyła przepraszająco ramionami, zerkając ukradkiem na swoją przełożoną.
Zdecydowała przygotować coś dla siebie, chociaż ponowny napływ adrenaliny, mający miejsce przy podejmowaniu trudnej decyzji, kompletnie usunął objawy zmęczenia. Co prawda nadal dokuczały jej naderwane mięśnie ramion, ale miewała już tego typu obrażenia i wiedziała, że z czasem drażniące objawy przejdą. Wpatrując się tępawo w organizujących obozowisko ludzi, zaczęła poruszać barkami, oceniając własną sprawność. Miała ochotę ściągnąć kosę z pleców, ale nie czuła się na siłach, by ją teraz oglądać.
Wtem, ktoś położył dłoń na jej ramieniu.
- Hej, młoda. - Odwróciła głowę do Dziadka. - Powinnaś odpocząć.
- Nie jestem zmęczona - mruknęła ponuro, zrezygnowana.
- Twój ton mówi mi co innego.
- Nie o to chodzi - westchnęła niecierpliwie. - Dzięki za troskę, ale nie ma potrzeby umartwiania się zwierzętami.
- Czyżbym wyczuwał kobiece zdenerwowanie? - zaśmiał się starszy żołnierz.
- Nie. Czy ja wyglądam, jakbym żartowała? Lub się żaliła? - pytała głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Absolutnie! Ale, odkąd jesteś jedną z nas, będą cię dotyczyć te same zasady, co innych. W to wliczają się także normy korzystne dla obywatela.
- Więc posłuchaj, zanim uznasz mnie za jedną z was. Nie obchodzą mnie wasze zasady, podobnie, jak nie obchodziły mnie zasady mojej matki. Robię to, co uważam za stosowne. Możesz iść to powiedzieć swojemu dowódcy.
- I uważasz, że co zrobi? - chrypiał, wciąż rozbawiony. - Wyrzuci cię za to?
- Dokładnie?
Wojownik machnął ręką, aż mu się przekrzywił hełm, którego nie zdążył do tej pory do końca odpiąć.
- Gdyby Kadan trzymał w swoim oddziale tych, którzy ślepo podążają za zasadami… - zaczął, znacząco urywając zdanie. - Nie. Jego szacunku nie zyskują ci, którzy przyjmują każdy rozkaz bezkrytycznie.
Sheolo milczała. Usiadła na kamieniu obok, prostując nogi i podpierając na nich dłonie. Wzrok wbiła w ziemię przed sobą.
- No, już. Widziałem, że rozmawiałaś z Leilą. Zepsuła ci humor, prawda? - zapytał litościwie Dziadek.
- Skąd. Niby czemu.
- Kłamanie nie wychodzi za dobrze Wilkowatym, co?
Dziewczyna westchnęła, patrząc w bok.
- Widzisz, nie kłamię. Niby dlaczego miałaby mi psuć nastrój? Zadałam pytanie, dostałam odpowiedź.
- Nazywa się Kheleii la Verde, ale o wiele częściej mówimy na nią Leila. No wiesz, środek jej imienia. To jedna z tych, która za łatwo w życiu nie miała. Musisz jej wybaczyć pewne uprzedzenia. Myślę, że to przejdzie.
- Nie będzie lepiej. Może być tylko gorzej - przytoczyła słowa Assiento, wstając i idąc w stronę lasu.
- A ciebie gdzie niesie? - zawołał za nią Dziadek.
- Idę się przejść.
- A gdyby dowódca zapytał, gdzie jesteś?
- A co go interesuje, gdzie się zaplątał jego dzikus? - prychnęła, obracając się do rozmówcy i unosząc ręce w geście niewiedzy. - Idę patrolować teren. Mówiłam, że bezpieczniej byłoby zostać na terenie Dur’Khan. Tam nigdy nic nie przyłaziło, a tutaj może na nas wpaść rodzinka zmokłych Pum.
- Oczywiście. Ale gdyby znudził ci się samotny patrol, my prowadzimy swój. Tutaj, w pobliżu. Będziemy na ciebie czekać. Poza tym - dodał, ponownie przyjmując swój żartobliwy, chrypiący wydźwięk. - jednemu młodemu przydałoby się przetrzebić skórę, a co! Zajdź go z tyłu, a zobaczysz, jaki do przodu!
Sheolo mimowolnie uśmiechnęła się. W duchu przyznała, że chciałaby posłuchać, jak ta dwójka się przekomarza. Kiwnęła głową, wchodząc w nocną ciemność.
Długo spacerowała, zamyślona. Bo przecież miała o czym rozmyślać. Kilka krótkich chwil przewróciło jej życie do góry nogami. A jeszcze nie wiedziała, czy ten przewrót był słuszny i czy na pewno powinna dać się wywrócić. Nie radziła sobie z emocjami, które gotowały jej wilczą krew i rozpędzały serce do granic wytrzymałości. Przynajmniej tak było przed chwilą, bo teraz, wędrując w zroszonej gęstwinie, wchodziła w moment wyciszenia. Słuchając pohukiwania sowy, śpiewu dziesiątek cykad i świerszczy, czy odgłosów skrzekliwych żab, przypominała sobie o fundamentalnych zasadach kierujących jej bytem. Teoretycznie prostych, acz kluczowych.
Natura. Życie i śmierć. Urodzajny cud narodzin, zachodzący na równi z melancholią zniszczenia, spopielenia. Ten wieczny, boski cykl obejmował każdą istotę, tak jak i każde miejsce na świecie. I podobnie, analogicznie, każdy mógł wystąpić wbrew niemu, zaburzając go.
Te rozmyślania zadziałały na dziewczynę oczyszczająco. Uspokoiła się, pozwalając ciału odpocząć od stresu i napięcia spowodowanych adrenaliną. Przymknęła oczy, pozwalając okowom podświadomości opaść, a pod powiekami poczuła zbierające się łzy.
Wracając do obozowiska, przypomniała sobie o zaproszeniu od Dziadka. Skupiła się, prędko wyłapując czujnym słuchem rozmowy jakiejś grupy mężczyzn. Zbliżając się, rozpoznała kilka głosów.
- A tego wielkiego? Ha! Tak go, w pół złamałem!
- Oczywiście, dziadku. Nie licząc, że drugiego, który właśnie chciał ci oderwać głowę, musieliśmy we trzech odciągać.
- Ach, te dzisiejsze młodziki! Ja w waszym wieku dałbym sobie radę z dwoma!
- No nie, ten znowu o swoich młodych latach… - Rozległy się śmiechy i rozbawione westchnienia.
- Skoro takie z was kozaki… - wtrąciła się Sheolo, wychodząc z leśnej gęstwiny typowym dla siebie, wilczym krokiem. - To jam ciekawa, który by poszedł na solo z moją matuszką.
- Ooo, żesz kurwa - zaśmiał się któryś z młodszych. - Nawet mi o tej potworze nie mów.
- Kto z nią walczył, skoro już o tym mówimy?
- Jak to kto? Stoi przed wami! - zachrypiał Dziadek.
- No proszę, tylko nie mów, że ty, bo i tak nie uwierzę - zadrwił młody.
- Nie ja, guptoku! Ona!
- Och. No tak. W końcu, jak się to mówi, krew z krwi… - podsumował, jak zdążyła zauważyć dziewczyna, szatyn, po czym napił się czegoś z metalowej piersiówki.
- Nie - zaprzeczyła stanowczo. - Nie dałabym jej rady.
- Ale za to, jak pięknie ją wytrzymałaś. Potwora nawet nie wiedziała, kiedy zdechła.
- Przypomnij, jak ci na imię…? - zaczepił jakiś, którego widziała pierwszy raz.
- Sheolo. Wam?
- Stary to Roger, ale mówimy na niego Dziadek. Chyba zorientowałaś się, czemu - żartował szatyn, aż dostał od Dziadka pstryczka w ucho. - Na mnie mówią Nero, a ci tutaj, to Severus, Avar i Tehshevuz.
- Kurwa, jak? Kto cię nazywał, moja stara? - skomentowała wrednie Wilczyca ostatnie z imion.
Zanim jednak jego właściciel zdążył zareagować, zastąpił go Nero.
- Dlatego właśnie mówimy na niego Wózek! Nie nasza wina, że jego stary był pod wrażeniem kultur plemiennych!
- Pod wrażeniem? Myślałam, że wy, ludzie, chcecie nas dojebać, a nie poznawać naszą kulturę.
- I tutaj docieramy do przyczyny, dlaczego większość z nas robi w tym oddziale, a nie w królewskim.
- Nie w królewskim…? - zdziwiła się Sheolo. - Zaraz, zaraz. Nie znam się na tym, ale… ktoś ode mnie, powiedzmy, znał się. Wy, ludzie, macie przecież jednego przywódcę.
- A wydaje ci się, że ty to jedyna taka księżniczka, która się zbuntowała? - zarechotał Roger, pociągając kolejny łyk ze swojego pokaźnych rozmiarów bukłaka.
Sheolo wcale dyskretnie pochyliła się do przodu, bezczelnie wąchając powietrze.
- Co wy pijecie? Śmierdzi.
- Śmierdzi?! Wypluj to słowo, dziewczyno! - śmiał się stary. - Czy ty nigdy nie piłaś gorzały?
- Czego?
- Nie wierzę - parsknął szatyn, popijając wódki.
- Alkohol. Napój bogów!
- Nie wydaje mi się… - mrużyła oczy Sheolo, pozostając sceptyczną.
- Widzisz, my, ludzie, uwielbiamy to pić. Powiedzmy, że to nasz sposób spędzania czasu.
- Um… - Wilczyca nie potrafiła zrozumieć. - To… wasz zwyczaj? Picie tego… czegoś?
- Dokładnie…! No, tak to można określić. - Przewrócił oczami Nero.
- My tu gadu gadu… - zachrypiał stary, wyciągając zza pasa kolejny bukłak. - A skoro już taki dobry temat do rozmowy się objawił, to trzeba przy nim wypić!
- Ta jest! - zawtórowali młodsi. - To są te rzadkie przypadki, kiedy słusznie prawisz! - dodał Avar.
Roger wcisnął Sheolo bukłak, a ona niepewnie poniuchała przy otworze.
- No, dalej! Spróbuj sama! - zachęcał ją stary.
- Ble. To jest ohydne - skrzywiła się Sheolo, na co mężczyźni chóralnie wybuchnęli śmiechem.
- Jest takie powiedzenie, że jeśli ci smakuje, to już źle - zauważył Severus.
- Dobra. Wyjaśnijcie mi, po co pijecie coś, co wcale wam nie smakuje?
- To nie ma smakować. To nadaje atmosferę - śmiał się Nero.
- Co?
- Wypij odpowiednią ilość, a będziesz w lepszym nastroju. Wypij za dużo, a się przewrócisz. Ot, cała filozofia. Przy czym pamiętaj, że nie wypada pozostawać w tyle! - tłumaczył w zacny sposób Roger, kołysząc się wesoło.
- Ech… czekajcie… czy to jest trucizna…? - zapytała ze zrezygnowaniem dziewczyna.
- Jaka tam trucizna! - pozornie obruszył się jeden z nich, pociągając kolejny, duży łyk.
Sheolo znała tego typu substancje, ale tylko od Wężowatych. Assiento opowiadał jej, że Węże - odporni na większość toksyn - uwielbiali poszukiwać substancji, które w jakiś sposób by im zaszkodziły. Przyrządzając z nich mocne dawki trucizn, pili je lub wstrzykiwali do krwiobiegu, testując efekty. Nie znała innej rasy, jaka chciałaby sobie szkodzić, szukając zabawy. Westchnęła, postanawiając przyjąć ten wężowy i, jak się okazało, ludzki zwyczaj.
Sprawdzacie, który z was wytrzyma więcej trucizny, co…?, zastanawiała się, obserwując rozszerzające się źrenice niektórych wojowników. Zauważyła też, że zaczynają zachowywać się nieco inaczej - przede wszystkim, ich koordynacja ruchowa oraz gesty przypominały teraz bardziej wilcze, niż ludzkie.
Sheolo przypadkowo odkryła, że wzorem ludzkości został dla niej pewien odziany w zbroję, chodzący dumnym i zdecydowanym krokiem mężczyzna, wysoki, można by wręcz rzec, że książę na czarnym koniu.
Zamrugała, odrzucając od siebie pewne myśli i zaczęła pić.
- Tylko uważaj, żeby nas tu książę nie dorwał! - Kiwał się ze śmiechu Avar. - Bo nas pozabija!
- Co?! Nie wolno wam pić na warcie?! - teatralnie krzyknęła Sheolo, wytrzeszczając oczy.
- No… nie… ale mu nie doniesiesz, prawda?
Zapadła niezręczna cisza. W końcu, Sheolo parsknęła.
- No, to chlejemy!
- Aye! - odpowiedział jej zadowolony chór głosów.

To nie była jego wojna

To nie była jego wojna.
On był inny. Był jednym z dzieci, które urodziły się w czasach, gdy początki wojny były już historią. Czymś, czego uczyli dorośli, a co przestało być ważne właśnie z tego względu. Dla niego nie istniały stare spory. Wyroki, które podlegać nie mogły żadnemu istniejącemu prawu, były czymś, co przepaść powinno w odmętach czasu; całkiem straciły swoje znaczenie.
Oczywiście tak jemu, jak i innym, wpajano nienawiść. Była to naturalna kolej rzeczy. Ot, tam był wróg, zabić go należało i doszczętnie zniszczyć to, czym był. Wielu przyjęło te nauki. Wchłonęło przekonania o słuszności wojny i podążało za nimi ślepo. Ale nie on.
Życie nauczyło go, że nie ma jednego winnego. Wszak historia ukazywała nie raz, że wina zawsze leżała gdzieś po środku, między dwoma przekonaniami i odmiennymi spojrzeniami na świat. Kadan nie był do tego głupi… Nie był jednym z tych idiotów, którzy twierdzili, że nieludzie to istoty niegodne. Winni być narzędziami, jak zwierzęta, lub nie istnieć wcale. Przecież sama nazwa wskazywała, że bliżej im było do zwierząt niźli ludzi, którzy władać powinni niepodzielnie całym znanym światem.
Wojna trwała wciąż, zbierając kolejne żniwa, od osiemdziesięciu lat. I trwać miała nadal póki istnieli ludzie, którzy jej pragnęli bardziej niż czegokolwiek innego. Kierowani chęcią zysku, pragnieniem podtrzymania strachu, który dawał przecież ogromną władzę czy zwyczajną nienawiścią, która popychała do zemsty za stare krzywdy i rozdrapywane od nowa rany.
Ale to nie była jego wojna…
On pragnął spokoju. Opuścił dom ojca, by osiąść na swych ziemiach i bronić ich. Tylko tyle. Mimo próśb i gróźb nie uniósł miecza by walczyć z wrogiem, który dawno już przestał być zagrożeniem, jeśli się go do tego nie zmuszało… Za jego przykładam zaczęli iść inni. Zmęczeni wojną, pragnący pokoju lub już utrzymujący przyjazne stosunki z tymi, którzy ponoć mieli być potępieni. Niestety było to nie w smak ludziom takim, jak jego ojciec, król.
Garinagroth pragnął bowiem wojny. Pragnął siły, jaką dawał strach, który łączył ludzi pod jego dowództwem; który sprawiał, że byli w stanie zaoferować wszystko, byle tylko chronił ich przed zagrożeniem. Wielu było nieświadomych jak nikle byłoby owo zagrożenie, gdyby zostawić dzikich w spokoju. Pozwolić im żyć tam, gdzie i tak niewielu ludzi się zapuszczało. Król skrzętnie z tego korzystał i podsycał konflikt wiedziony zemstą, pogardą i pragnieniem poszerzania wpływów.
Dlatego to nie była jego wojna, nawet, jeśli Kadan był następcą tronu, pragnął z całych sił odciąć się od tego. A mimo to siedział teraz wysłuchawszy raportu i wpatrując się w rozłożone mapy.
Mające już swoje lata, pożółkłe zwoje, na których starannie nakreślono linie oznaczające trakty, rzeki, góry i miasta, leżały na wielkim, dębowym stole. Mebel był bogato zdobiony i ciężki, tak, jak i reszta sprzętów w gabinecie młodego księcia. Kontrastowały idealnie ze zwiewnymi zasłonami z jasnego, przetykanego złotymi nićmi płótna i obiciami z miękkiego, czerwonego pluszu.
Tak, Kadan lubił zasiąść w miękkim fotelu, z kielichem pełnym mocnego wina, pośród luksusów i przepychu właściwym jego urodzeniu i pozycji. Nawet, jeśli była to jedno z niewielu rzeczy, którą lubił. Nie dla niego była bowiem dworska etykieta. Polityczne zagrywki i długie, podszyte podstępem, negocjacje męczyły go i sprawiały, że jego cierpliwość ulatniała się tak szybko, jak kolejne kochanki z sypialni jego ojca. Nie było w nim tego specyficznego rodzaju fałszu, który pozwoliłby mu kłamać i manipulować innymi. Wolał karać tych, którzy na to zasługiwali i odwdzięczać się szacunkiem tym, którzy na niego zapracowali.
Młody mężczyzna zaklął i wstał przez chwilę mając ogromną ochotę cisnąć pergaminami w posłańca. Tak, jakby mogło to sprawić, że jego problem zniknie… ale tak być nie mogło.
- Jesteś tego pewien? – zapytał Kadan spoglądając na swego sługę intensywnie.
- Owszem, panie… Twój ojciec sam wysłał tam karawanę… - Wysoki, smukły mężczyzna o chytrej twarzy, która mogła należeć tak do szlachcica, jak i szpiega, wytrzymywał pełne złości spojrzenie swego pana. Wiedział, że lepiej było nie denerwować księcia, ale wydano mu rozkaz i wykonać go zamierzał do końca. Wiedział przecież, że wieści, jakkolwiek złe by nie były, nie były jego winą, a Kadan nie zwykł karać niewinnych. Nie był swoim ojcem, w którym gniew wrzał tak, że często przysłaniał zdrowy rozsądek.
Znów w powietrzu zawisła kolejna wiązanka przekleństw. Przepełnionych szczerą złością i nienawiścią. Kadan wiedział, że właśnie wszystko się psuło… wątły rozejm i chwilowy spokój miały zostać zburzone, bo jego ojciec postanowił włożyć kij w mrowisko…
Jasne oczy księcia znów spoczęły na mapie, na miejscu, gdzie leżały ziemie objęte wciąż wojną. Miejsce to zamieszkiwali Wilkowaci, a opodal swoje włości oznaczali Wężowaci i Kotowaci. Było to jedno z tych miejsc, gdzie ludzie nie powinni się zapuszczać. Król wysyłał tam już kilka oddziałów, a one ginęły bez wieści. A teraz..? Teraz posłał tam także cywilów. Po co? Cóż… było to nader oczywiste. Źli nieludzie atakowali bezbronnych cywilów, do tego jakiś mało znaczący ród, zubożałego szlachetki, więc inni nagle poczuwali się do odpowiedzialności by pomścić tych, którymi wcześniej pogardzali… Tak to działało i tak też miało działać tym razem. No chyba, ze ktoś coś z tym zrobi…
- Szykuj ludzi – rzucił książę i dopił resztę wina z pucharu by zaraz wyjść i wydać jeszcze kilka poleceń swym podwładnym.

*    *    *    *    *    *    *    *


Siedemdziesięciu dwóch konnych pędziło traktem. Budząc ogólny podziw i strach, gdy ciężkie kopyta bojowych, zbrojnych wierzchowców ryły bruzdy w wyschniętej ziemi. Trzydziestu rycerzy okutych w zbroje bez herbu na znak tego, że odpowiadać nie będę pod władzą królewską, dzierżyło długie, ciężkie miecze, ściskając je w pancernych rękawicach. Ich twarze zasłaniały hełmy zdobione przez błękitne pióropusze. Jedyne, co ukazywać miało pod czyim rozkazem walczą.
 Tuż za nimi jechało czterdziestu lżejszych jeźdźców wyposażonych w krótkie łuki, idealne do zadawania śmierci z siodeł oraz wykrzywione szable. Lżejsze, skoczne konie pragnęły wyrwać się przodem i pędzić już ku celowi podróży. Ponieść ubranych w skurzane, wzmacniane kolczugą, zbroje, jeźdźców. Ci jednak powstrzymywali je, pozostając w szyku tak, jak im rozkazano.
Kurz unosił się niczym mgła, z której wyrastały poszczególne sylwetki, a blask słońca odbijający się od wypolerowanego metalu raził i przyciągał wzrok jednocześnie.
Jechali na wojnę…
Na czele tej armii, na ogromnym, karym ogierze, jechał książę. Jak to miał w zwyczaju: omiatał wszystko wokół chłodnym spojrzeniem, w którym wielu widziało tylko wyższość. Na jego piersi również nie było żadnego herbu. Jako następca tronu walczyć winien pod sztandarem swego ojca, a tego czynić nie chciał. To przez niego w końcu był tutaj, przeklinając w duchu to, że znów mieszać się musiał w coś, w co zwyczajnie nie chciał. To nie była jego wojna i nie on powinien spieszyć teraz by ratować wątłe złudzenie pokoju. Nie mógł jednak pozwolić by znów wszystko pogrążyło się w chaosie. Nie tym razem… Dlatego prowadzić musiał własną wojnę, nawet jeśli liczył w duchu, że zdoła jeszcze jej uniknąć… Nie zdołał.

*    *    *    *    *    *    *    *


Chwila do ataku była tak idealna, jak tragiczna…
Plemię, które musiało zostać przetrzebione tak, jak tłumi się pierwsze iskry przyszłego pożaru, tańczące pośród wichury. Rozradowane i zajęte spijaniem krwi tych, których Kadan przybył bronić… Cel idealny do ataku, który spaść miał na dzikich za późno.
Armia spadła na dzikich jak grom z jasnego nieba. Zbliżająca się burza, zawodzenie oszalałego wiatru i głośne śpiewy stłumiły tętent kopyt. Rycerze wbili się w środek zbiorowiska tuż po tym jak w dzikich uderzyła pierwsza salwa strzał. Wielkie, ciężkie wierzchowce wpadły na silne ciała Wilkowatych, tratując je. Łamiąc kości i rozbijając czaski. Łucznicy krążyli wokół pola bitwy celnie wypuszczając śmiercionośne pociski. Ostra stal dopełniała dzieła, a świszczące wokół strzały zbierały kolejne żniwa pośród wrogów.
Ci jednak nie byli bezbronni. Instynkt pchał ich do obrony, a wrodzona furia sprawiała, że rzucali się na atakujących; tnąc, szarpiąc i starając się rozerwać wszystko, co stanęło na ich drodze, nawet, gdy ciała ich broczyły już we własnej krwi, a kończyny zdawały się zwisać bezwładnie. Powalali wierzchowce, ściągali okutych w zbroję rycerzy, pragnąc pomsty za śmierć współplemieńców.
Kadan wjechał na czele swej armii, prosto w centrum rytuału. Jego długi miecz powalił dwóch dzikich, kolejny padł, gdy zawarta w jego krwi woda zaczęła nagle wydobywać się z jego ciała każdą możliwą drogą. Popędził konia naprzód, by dopaść kolejnych Wilkowatych.
Kary ogier zachwiał się jednak, potykając, gdy jeden z dzikich wpadł na zwierzę z impetem, starając się dopaść jeźdźca. Książę upadł, szybko jednak stanął na nogi i pewniej chwycił miecz, by przeszyć ostrzem ciało wroga. Raz, później drugi, bo ciało Wilka wciąż spinało się, gotowe jakby do kolejnego zrywu mimo rany, która byłaby śmiertelna dla każdego innego stworzenia.
Wtem uwagę księcia przykuło pełne wściekłości wycie. Widział dziewczynę, która broniła się przed ciosami oszalałej szamanki. Starsza z kobiet, odziana w kości i krew zdawała się nie dostrzegać niczego poza upatrzoną sobie ofiarą. Kosa, którą dzierżyła, błyszczała raz po raz tylko cudem nie niosąc śmierci dziewczynie.
Mężczyzna skoczył w ich stronę instynktownie. Korzystając z okazji by skrócić o głowę przywódczynię tego chaosu. W tej chwili i on zapałał nienawiścią do tej bestii w ciele kobiety. Przez takie stworzenia jak szamanka ludzie wciąż postrzegali dzikich, jako zwierzęta.
Ostrze przeszyło powietrze. Pchane siłą mięśni i gniewu, napotkało skórę, ścięgna i kości. Ani na chwile jednak nie zwolniło, tną tkanki i rozlewając gorącą posokę; kończąc żywot bestii odpowiedzialnej za cała tę rzeź.
Kadan stanął nad ciałem pokonanej. Wraz z tym, jak ucichł łoskot opadającego ciała i toczącej się po kamieniu głowy, przycichło i wszystko inne. Bitwa zakończyła się tak szybko, jak się zaczęła. Wilkowaci polegli, odnosząc całkowitą i ostateczną klęskę, a ich ciała ścieliły się gęsto, unurzane we krwi, którą tak za życia wielbili spijać z innych. Tym razem była to jednak w zdecydowanej większości ich własna krew.
- Zabierzcie dzieciaki i pomóżcie rannym – nakazał książę.
Jeden z żołnierzy zwrócił uwagę Kadana na młodą dziewczynę, która chwilę wcześniej walczyła z przywódczynią, jak nie trudno było się domyślić, swego plemienia.
Książę obrzucił ocalałą uważnym spojrzeniem. Widział wycelowane w nią groty strzał i słyszał szczęk wyciąganych w jej stronę ostrzy. Uniósł wiec dłoń by nakazać swoim ludziom spokój. Nie czuł od Wilczycy agresji i wątpił, by ta rzuciła się na niego w akcie zemsty. Gdyby miała to zrobić, już by to uczyniła. Wilkowaci nie nadawali się do podstępów.
Tak jak podejrzewał dziewczyna odezwała się, a w jej głosie słychać było głównie zmęczenie. Zaśmiał się krótko na jej słowa, nawet, jeśli za jego plecami rozległo się kilka oburzonych głosów. Nie miał zamiaru zabijać dziewczyny. Stanęła przeciwko swoim, pomogła dzieciom, a do tego czuł, że nie stanowi, wbrew pozorom, zagrożenia.
- Masz dwa wyjścia. Albo zostaniesz tutaj, albo pójdziesz z nami. – Spoglądał wciąż na dziewczynę. Ciekawiła go. – Decyduj szybko, bo nie ty jedna chcesz dziś odpocząć – rzucił jeszcze i odwrócił się by wsiąść na przyprowadzonego mu konia. Decyzja należała do dziewczyny, nie do niego…


sobota, 13 stycznia 2018

Niechaj twa krew zmyje grzechy, które chciałaś we mnie przelać, Matko.

Na początku był Chaos.
Później, z Chaosu wyłoniło się istnienie. Natura, Ludzie, Nieludzie, zwierzyna.
Nastały czasy Harmonii. Bogowie zesłali nam pokój.
Zaś bezbożni Ludzie zniweczyli boskie czyny, rozpoczynając wojnę.
Wojna ta jest wieczna, a jej żywioł pochłania nasze życia, dusze, serca i umysły.
Niechaj krew się leje, a jej strumienie zmyją grzechy bezbożnych Ludzi.
Niech żyje Chaos. 
~Onka, 
dzień przed śmiercią.


Sheolo otworzyła oczy, a jej ciało lekko drgnęło. Oddychała ciężko, ale miarowo. Z osłupieniem wpatrywała się w płachtę namiotu z jeleniej skóry, którą już doskonale znała, ale która wydawała jej się w tamtej chwili nad wyraz obca. Leżała w bezruchu, chociaż początkowo walczyła z chęcią zerwania się na równe nogi. Stopniowo pozwalała mięśniom rozluźnić się, w miarę, jak jej serce zwalniało tempa. Dopiero po trzech minutach zorientowała się, że od momentu przebudzenia nie mrugnęła ani razu. Odetchnęła niespokojnie, przymykając powieki. 
Sen, jaki nawiedził ją tej nocy, nie należał do koszmarów. Tym, co wytrąciło dziewczynę z równowagi, była odmienność onirycznej wizji. Nigdy wcześniej nie zobaczyła czegoś tak odważnego, tak odmiennego, a przede wszystkim - tak bluźnierczego, jeśli chodziło o zdanie jej matki. Co prawda nie wiedziała, jak powinna interpretować zapamiętane obrazy, ale jednego była pewna - pragnąc nadal żyć, nie mogła opowiedzieć o tym śnie Once. A to okazywało się całkiem skomplikowane, zważywszy na to, iż stara szamanka-liderka codziennie przepytywała swych plemiennych podwładnych ze snów, jakie, jej zdaniem, zsyłali im bogowie. 
Sheolo usiadła po turecku na białych, niedźwiedzich futrach, służących jej za posłanie. Przeciągnęła się z cichym pomrukiem, narzekając w myślach na wysoką temperaturę ciała, przyprawiającą ją co rano o nieprzyjemne uderzenia gorąca. Korzystając z bardzo wczesnej pory, dziewczyna postanowiła udać się do pobliskiego potoku, by zażyć kąpieli. Wstała, pospiesznie rozejrzała się po rozleniwionych cielskach braci plemiennych, które ciągle pokrywała posoka z rytuałów prowadzonych ubiegłego wieczoru i wymknęła się pędem, by nikomu nie przyszło do głowy jej zatrzymać.
Dopiero wbiegając do zimnej wody poczuła, jak rześkie jest powietrze tuż przed wschodem słońca. Ślepy strach towarzyszący jej tuż po przebudzeniu się zaczął ustępować adrenalinie, tak bardzo naturalnej dla Wilkowatych. Z tym, że dla Sheolo adrenalina stała się metodą na przetrwanie.
Młoda nie wiedziała, kiedy jej matka popadła w herezję - to oczywiste, iż nie mogła zadać tego pytania. Pozostaje zagadką, kiedy dokładnie dziecięcy umysł Wilczycy oparł się idei liderki. Teoretycznie, poznając zaledwie dwie kultury (z czego kolejna okazała się gorsza od poprzedniej), nie powinna być w stanie wyrobić w sobie zupełnie przeciwnego światopoglądu. A jednak to zrobiła. Ta średniego wzrostu kobieta, o jeszcze niewyrobionych w walce mięśniach słynęła z większego temperamentu i gorętszej krwi, niż jej matce dane było kiedykolwiek dostrzec w którejkolwiek z ofiar składanych dla Przodków. 
Przyglądała się odbiciu swoich oczu w zacienionym miejscu, gdzie resztki niewymytych jeszcze przez leniwy potok skał blokowały przepływ wody. Oczy stanowiły wyłączny element sylwetki Sheolo, pozwalający jednoznacznie określić przynależność rasową. Przynajmniej tak mawiała Onka, krytykując postępowanie córki. Choć w tym miała rację - żółto-brązowe tęczówki Sheolo układały się w misterną kompozycję, nadającą dziewczynie dzikiego, zwierzęcego spojrzenia. 
Młoda westchnęła, oglądając się na coraz jaśniejsze sklepienie widoczne nad skałkami. Znała ten zakątek na pamięć, przychodziła się tu kąpać przez siedemnaście lat. Mimo to, ciągle zdarzało jej się zawieszać w tym miejscu swoje myśli, podziwiając pozorny spokój natury. Strumyczki, delikatnie lśniące się w świetle słońca lub księżyca, swoją subtelną konsystencją sprawiające wrażenie wręcz miękkich w dotyku; głucho szumiące liście o nasyconej barwie zieleni, ułożone w gęstwinie zdającej się skrywać potok przed resztą świata; niewzruszone głazy, dławiące echo szczęśliwie świergoczących ptaszków, jakim przypadkiem zdarzyło się zabłądzić i przysiąść na tutejszych gałęziach. Takie momenty były dla niej bardzo ważne. Przepełniały ją zachwytem wobec całego istnienia. 
Oddychała głęboko i uśmiechała się, pozwalając naturze otoczyć ją całą tą pozytywną energią, której tak bardzo brakowało w religii plemienia Dur'Khan. W końcu, po nieokreślonym czasie, zaczęły do niej docierać skrzekliwe brzmienia nawoływania Onki do porannej modlitwy. Twarz Sheolo zrazu straciła błogi wyraz, a kąciki ust powędrowały w dół, tworząc lekki grymas. 
Ptaki śpiewające wśród drzew umilkły, a wiatr szeleszczący liśćmi jakby zamarł. Wilczyca wyszła z wody, obracając się ku ścieżce, którą przybiegła i przeszyła las wściekłym spojrzeniem, niby wpatrując się w konkretny obiekt.
Nawet to miejsce uważa twoją religię za kpinę, matko.

- Przybywajcie...! Moje dzieci...! Tak, tak, oto krwawe słońce, na które teraz spoglądacie, zalewając swym światłem naszą planetę, obwieszcza kolejny dzień! Nie możemy zawieść bogów! Czas na ofiarę! Wyruszmy po żniwa!
Sheolo akurat weszła w pole widzenia swojej rodzicielki, gdy ta rozpoczęła regularne modły. Młoda uniosła lekko brwi i westchnęła ciężko, obrzucając wzrokiem chude, acz nienaturalnie umięśnione nogi Onki, wystające spod długiej przepaski z ludzkich kości, skór oraz paznokci. Stara wyginała się z taką żarliwością, że prawie wykonywała szpagat.
- TERAZ! Ja, słuchaczka Przodków, obdarzona ich zmysłami, pragnę wysłuchać waszych snów...! Przybywajcie i opowiadajcie, a ja przepowiem, co przekazali wam bogowie...!
Chcąc nie chcąc, dziewczyna ustawiła się w kolejce. Starała się zachowywać normalnie, ale, należąc do Wilków, nie posiadała umiejętności oszukiwania. Czuła, że ten dzień będzie dla niej trudny.
Nawet nie słuchała, o czym Onka rozmawiała z pozostałymi. W ignorowaniu ohydnego głosu matki nie przeszkadzała jej nawet głośność, z jaką szamanka zwykła wykrzykiwać swoje sentencje. Sheolo już dawno przestała się zgadzać z poglądami Dur'Khan. Nie rozumiała, w jaki sposób nienawiść i śmierć miałyby stanowić drogę odkupienia dla śmiertelników. Owszem, pojmowała historię Wojny i uważała za wysoce niesprawiedliwy występek ludzi, ale wątpiła, by bogowie życzyli sobie odpowiadania cierpieniem na cierpienie.
Dali życie temu, co dobre i piękne. Może i ludzie uczynili źle, skazując nas tamtego dnia na śmierć. Ale kimże jesteśmy, niosąc temu wspaniałemu lądowi mękę? Kto prowadzi naszą dłoń, gdy podlewamy kwitnące rośliny krwią? Czy rzeczywiście Przodkowie wybrali nas na egzekutorów sprawiedliwości na tym świecie...? Nie. To nie może być prawda. Bogowie dali nam życie i śmierć, by pokazać Harmonię. Obdarzając nas Życiem, wręczyli nam niepowtarzalny dar, którego nikomu nie powinno się odbierać, zanim nie wybije jego godzina. A gdy godzina wybije, oznacza to, że nadszedł czas spłacenia naszego długu, który zaciągnęliśmy u Bogów, przyjmując dar istnienia. Oto równowaga, nie ma innej. Nauki Onki są herezją. 
Lecz owe przemyślenia nie utwierdzały ją w przekonaniu o własnej racji. Koniec końców, Sheolo wiedziała, iż nie jest wybranką Przodków, a jej matka - chociaż postępowała okrutnie i niezrozumiale - faktycznie mogła uzyskać ich przychylność. Dziewczyna nie wiedziała, czy w takiej sytuacji chciałaby wyznawać cokolwiek. Trwała w niepewności o swój los, gdy w myślach przeklinała wyrocznię Dur'Khan, a jednocześnie marzyła o poznaniu odpowiedzi na dręczące ją pytania - nawet, gdyby miało to być równoznacznym z bezlitosną karą Patronów, wymierzoną jej za niewierność. 
Duchy nigdy nie odpowiadały. Aż do dzisiaj.
- Moja córko. - Usłyszała standardowe przywitanie.
- Matko. - Pokłoniła się, kucając i przyklękując na jednym kolanie.
- Powstań. Zwierz mi, czy Przodkowie zaszczycili cię dzisiaj swoją obecnością?
- Tak, matko - odpowiedziała zgodnie z prawdą. - Obdarzyli mnie niezwykłą wizją.
- Jestem dumna, że odziedziczyłaś po mnie dar widzenia świata duchów, córko. A teraz opowiedz mi, co przepowiedzieli ci Bogowie - wychrypiała, a jej twarz zakryta wilczą czaszką przekrzywiła się w wyrazie ciekawości.
Sheolo uniosła głowę, obrzucając sylwetkę Onki przelotnym spojrzeniem. Liderka była ohydna jak zawsze. Na jej wyciągniętej prawej dłoni, ułożonej w geście chwytania niewidzialnego przedmiotu, znajdowało się pięć pierścieni, a każdy z nich został stopiony z metalowym szponem przedłużającym palce. Oprócz zakrycia twarzy, szamanka nałożyła też wilczy kaptur, chowający włosy i plecy, aż do pośladków. Na piersiach nosiła dziesiątki naszyjników z dziecięcych kostek. Dopełnieniem wizerunku Onki były kąpiele we krwi. Odór zgnilizny bijący od tej kobiety przyprawiał o mdłości nawet zwierzęcych.
-Ja... ukhm. Nie jestem przekonana, co widziałam... - zaczęła Sheolo, uciekając wzrokiem gdzieś w bok, ku kamiennym stopniom prowadzącym do ołtarza, przed którym stała szamanka.
- Powiedz to, co jest najbliższe twojemu poznaniu!
- Więc... była to przestrzeń. Nie umiem nazwać tego miejsca. Po prostu przestrzeń. Zamiast nieba, widziałam oczy Wielkiego Przodka. Oglądał zdarzenie, które mi się przyśniło.
- Dobrze! A teraz mów! Co pokazał ci Przodek?! - chrypiała Onka, a w głębi pustych oczodołów kościanej maski lśniły podejrzliwe iskierki.
- Dwie istoty. - Oddech Sheolo stał się nieco nienaturalny. W jej zachowaniu dało się dostrzec zdenerwowanie. - Wilka i... drugą. Świetlistą.
- Co...? - oburzyła się matka. - Na tym świecie już nie ma światła!
- Na oczach Przodka, świetlista istota zabiła wilka - wyrzekła z pewnością dziewczyna. - Lub, raczej... ściągnęła go w przepaść. W otchłań.
Postura starej wskazywała na głęboką konsternację. Kobieta zastygła w bezruchu, co zdarzało się naprawdę rzadko wśród jej bytu skupionego na monotonnym kiwaniu i wyginaniu się, niby w boskich rozważaniach. Sheolo, spodziewająca się negatywnego obrotu spraw, zezowała na broń Onki - ułożoną na plecach dzięki wzmocnionemu, skórzanemu, napiętemu na klatce piersiowej paskowi kosę, której ostrze, kute zgodnie z naukami smoczych kowali (to długa historia, jak Dar'Khan poznali owy schemat...), należało do pierwszorzędnych. Część tnącą ostrza ukształtowano dość prosto, sierpowato, ale tajemnica żyć odebranych przez kosę szamanki spoczywała w rzadkim, dodatkowo hartowanym metalu obciążonym z wierzchniej strony przez skałę magmową. Tym sposobem, broń mogła służyć zarówno do ogłuszenia przeciwnika, jak i z użyciem odpowiedniego wkładu siły do rozpłatania go na pół. Rzecz jasna, nie każdy potrafił sprawnie posługiwać się tym przedmiotem o ogromnej wadze.
Młoda z łatwością potrafiła wyobrazić sobie, jak ta kosa przecina jej kręgosłup. Być może dlatego, że niejednokrotnie widziała podobne sceny w tej części historii Onki, której z racji na wiek mogła świadkować.
- Niewykonalne! - wykrzyknęła w końcu. - Czym była ta istota?! Mów!
- Wybacz, matko. Ja nie wiem. Ale... - zawahała się Sheolo, gorączkowo próbując wyjść z opresji bez potrzeby łgania przed, z nikłym prawdopodobieństwem, wybranką Duchów.
- Co? Co takiego? Co jeszcze chcesz powiedzieć? Dalej! - ponaglała Onka.
- Wilk, którego unicestwiła istota, próbował mnie zabić. Wydawało mi się, że w wielkiej mądrości Przodka był postrzegany jako... zły - wykrztusiła dziewczyna, niepewna, jak matka odbierze tę przesłankę.
- Aha! - wrzasnęła z nagła liderka głosem zatrważającym serca najodważniejszych Wilczurów. - Wiedziałam, że mojej córce przeznaczone jest pewnego dnia stanąć wraz ze mną pośród Bogów! Przodkowie są jej przychylni! Tak oto tej nocy ukazali jej ZDRAJCĘ!
Sheolo, ciągle w pozycji uniżającej, obejrzała się lekko przez ramię, gdy wśród zebranych przed ołtarzem braci i sióstr plemiennych przebiegły niespokojne szmery. Do tej pory, żadnemu z członków Dur'Khan nie przeszło przez myśl przeciwstawić się Wyroczni. Zastanawiali się, który z nich mógłby być oszustem?
- Nie lękajcie się! - obwieściła szamanka po pełnej napięcia i wzajemnych wrogich spojrzeń chwili. - Zdrajca nie ma przychylności Patronów! Gdy uderzy, Bogowie staną po naszej stronie! Ocalą wybrańców!
Stłoczeni Wilkowaci wydali okrzyk wiwatu, bądź dziki ryk szczęścia i zgody.
Onka przyglądała im się przez chwilę, po czym opuściła spojrzenie na zmartwioną Sheolo.
- Czy coś cię trapi, moja córko? - zapytała z nutą fałszu w głosie.
- Nie... nic. Nic, matko. Po prostu... martwi mnie, że ktokolwiek z naszej własnej rodziny mógłby być zdrajcą. Ten sen był szokujący.
- Hm - mruknęła w głębokim zamyśleniu Onka. - W rzeczy samej. Ale nie martw się teraz. Bogowie ukażą prawdę. Przodkowie poprowadzą moją dłoń - wyjaśniła tajemniczo, wpatrując się w pociechę. - A teraz idź.
- Czy przydzielasz mi dzisiaj jakieś obowiązki, matko?
- Skoro pytasz. Idź zapolować. Wypełnij swą powinność wobec społeczności - nakazała.
- Tak się stanie.
Sheolo wstała, odwróciła się i odeszła, ale nie bez świadomości wściekłych, wygłodniałych zerknięć Dur'Khan sztyletujących jej plecy. Największą podejrzliwością emanowała Onka.

Wilczyca biegła przez gęstwinę, przypominającą z lekka lasy tropikalne występujące o wiele dalej. Znała swoje zadanie, ale nie spieszyło jej się na polowanie. Nogi niosły ją same ku trawiastym równinom. Po około czterdziestu minutach szybkiego pędu, zatrzymała się, z trudem łapiąc powietrze i przeklinając samą siebie. Sądziła, że nadmierny wysiłek fizyczny wyrzuci z niej niepokój, ale nie udało jej się wprowadzić w stan gorącej krwi. Przykucnęła, opierając łokcie na kolanach i dysząc.
Przemieszczając się nienaruszonym przez ludzką rękę buszem, nie odnotowała, kiedy niebo zostało zaciemnione przez chmury o ołowianym odcieniu. Powietrze stało w miejscu, a atmosferę wypełniała niepokojąca cisza - cisza przed burzą.
Dziewczyna ochłonęła i poczęła wypatrywać rozbłysków wyładowań na horyzoncie. Widok piorunów był dla niej ekscytujący już od "szczenięcia". Jednak, zamiast doznać ekscytacji, prawie przeszła zawał, gdy coś skoczyło jej na plecy z nieprzyjemnym dla czułych, wilczych uszu sykiem.
- Ty kurwo jebana, bezbożna, debilu niemyty! - wykrzyknęła, odruchowo rzucając Wężowatym gdzieś przed siebie.
Stworzenie bez wzruszenia obróciło się przed zetknięciem z gruntem i już po chwili stało tuż przed Sheolo z typowym dla siebie, wrednym uśmiechem.
- Spłoszona?
- Ja ci, kurwa, zaraz wszystkie te krzywe zęby z mordy wypłoszę - warczała.
Gad zamilkł, a cisza między nimi wypełniona była tylko zabawnym, cichym powarkiwaniem Wilczycy. W końcu dziewczyna skończyła swój zwierzęcy odruch z nieznacznym parsknięciem, a jej rozmówca wybuchł śmiechem.
- Żałuj, że siebie czasami nie widzisz - powiedział, rozbawiony zachowaniem koleżanki.
- Ja przynajmniej mam czego żałować. A ty, to się pewnie cieszysz, że nie masz warunków do patrzenia w lustro.
- No jasne. W końcu istota nie powinna mieć dane w życiu oglądać tyle piękna, czyż nie?
Już chciała go zripostować, ale ta specyficznie ułożona sentencja przypomniała jej o rozmowie z matką. Otworzyła usta, lecz, zamiast kolejnego obraźliwego zdania, wydała z siebie tylko zmęczone westchnienie.
Wężowaty natychmiast to wyłapał.
- Hm? - mruknął, unosząc brew. - Co jest?
- Nic, co powinno cię interesować.
- Czyżby? - prawie syknął. - Czyli zgaduję, że znowu poszło o religię, ta?
Usta Sheolo wykrzywiły się w grymasie i zaczynała rozważać, jak szybko musiałaby machnąć ręką, żeby Assiento nie zdążył wykonać uniku.
Tego, jak udało jej się "zaprzyjaźnić" z Wężowatym, sama nie była do końca pewna. Poznali się bardzo wcześnie - zupełnie przypadkowo - po czym, drogą wzajemnych docinek, prowokacji i bójek kontynuowali znajomość aż po teraźniejszość. Nie zastanawiała się, czy Gad czerpał jakąkolwiek przyjemność z ich spotkań. Spodziewała się, że, nawet gdyby je lubił, nigdy by tego głośno nie powiedział. Zdążyła poznać jego rasę na tyle, by dostrzec wrodzone skurwysyństwo Wężów.
Assiento był wysokim osiemnastolatkiem, o skórze niemal tak ciemnej, jak ciemną była spalona ziemia zamieszkiwana przez jego plemię. Zawsze ubrany tylko w dopasowane, skórzane spodnie, z mnóstwem złotych obręczy i spirali na ramionach oraz dziesiątkami projektowanych zgodnie z funkcjonalnością gruczołów jadowych sztyletów przypiętych do pasków, nie różnił się wiele od reszty Wężowatych. Do jego cech szczególnych należały czarne jak smoła włosy, znajdujące się w wiecznym nieładzie, gdyż każdy ich kosmyk posiadał inną długość oraz oczy, przypominające barwą tęczówek wrzącą lawę, a przechodzące odcieniem w zastygającą magmę przy kącikach.
- Nie mam ochoty z tobą o tym gadać, jasne? Wynoś się - rzekła Sheolo, zawracając do lasu.
- No na pewno byś tu przylazła, gdybyś nie miała ochoty gadać - zauważył wrednie Assiento.
- Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia - wyartykułowała dziewczyna przez zęby.
- Seks?
- Nie. Spierdalaj, zanim sprowadzę tu matkę.
- Ohoho, o żesz ja pierdolę, matką mnie będziesz straszyć? No, ciebie to już chyba do reszty w tej brudnej wiosce popierdoliło - śmiał się, podnosząc ciśnienie Wilczycy w niebezpiecznym tempie.
- Czy tobie aż tak bardzo zależy na denerwowaniu mnie?! - krzyknęła, odwracając się do niego niespodziewanie, ale chłopak ani drgnął.
- A to moja wina, że wy, Wilcy, jesteście takimi tępymi szczotami? - zapytał słodzonym dla wredności głosikiem.
Sheolo pokiwała głową.
- Dzięki. Właśnie to zawsze chciałam od ciebie usłyszeć, na wypadek, gdyby mi się zdawało, że jesteśmy kumplami.
Gad przewrócił oczami, o mało co nie wywracając przy tym gałkami na drugą stronę.
- Nie będzie lepiej, siostro. Będzie tylko gorzej - powiedział, ciągle podążając za dziewczyną.
- Wiem - mruknęła, wbijając wzrok w ziemię.
- Tylko się tu nie rozklej, bo już totalnie w ciebie zwątpię.
- To nie jest proste. Zresztą, co możesz o tym wiedzieć ty? Bezbożnik, który nawet nie czuje się w obowiązku robienia czegokolwiek dla swojej rodziny? - Usłyszała zduszone, rozbawione parsknięcie za plecami. - No właśnie. Dla ciebie nie ma problemu.
- Jest, Sheolo.
A największym ostatnimi czasy jesteś ty. 
- Wybrana przez ciebie ścieżka nie jest żadną drogą. Zmierzasz ku przepaści. Dotrze to kiedyś do ciebie? - zapytał z lekką irytacją.
- Nie. To ty i moja matka siedzicie w otchłani, w totalnym bagnie, do którego staracie się ściągać całą resztę.
- Kurwaaa! - warknął, dla odmiany, Wężowaty. - Zrozum, że nie zbawisz świata! Sama wiesz, że nie możesz od tego uciec! Przestań walczyć z systemem!
- Z czym? Zresztą, nieważne - niecierpliwiła się, przyspieszając kroku. - Nie zamierzam zniżyć się do waszego poziomu.
- Owszem. Bo umierając, spadniesz znacznie niżej.
- Zupełnie, jakby cię to obchodziło - zaśmiała się. Nie widziała, w jaki sposób na nią wtedy patrzył. - Nie. Umierając, nie spadnę niżej od was. Bogowie ściągają w otchłań tylko takich jak wy.
- Ocknij się, tępa kurwo! Nie ma bogów! Jest życie i śmierć, jesteś tutaj albo nie ma cię wcale! Zacznij w końcu zajmować się przetrwaniem, a nie mrzonkami, przez które stracisz wszystko!
- ZAMKNIJ SIĘ.
Mimowolnie obróciła się i wyciągnęła dłoń do jego szyi, ale otrząsnęła się, kiedy, gdzieś w oddali, niebo rozdarł piorun. Przez kilkanaście sekund wpatrywała się w coś niewidzialnego, po czym wycofała rękę i, bez słowa, ruszyła dalej.
- Naprawdę...? - zaczął Assiento, ale nie wiedział, co tak naprawdę mógłby jej wtedy powiedzieć. - Dobra. Jasne. Zróbmy tak, ty mi opowiesz, co się konkretnie stało, a ja nie skomentuję tego ani słowem.
- Idź stąd - mruknęła tylko Sheolo przygnębionym tonem.
- Nie.
Dziewczyna zrobiła głęboki wdech i oparła się o pień jednego z drzew. Wypuściła powoli powietrze z płuc i odchrząknęła.
- Opowiadałam ci, że czekam na znak od Przodków. Chciałam, żeby to oni mi powiedzieli, czy mam rację. Bo od zawsze czułam, że moja matka nigdy nie była ich wybranką.
- No?
- Dzisiaj miałam sen. Zaatakował mnie wilk. Ale, zanim dosięgły mnie jego kły, jakaś świetlista istota ściągnęła go w przepaść. Wszystkiemu przyglądał się Duch Przodka.
Niezła psychodelia, pomyślał Assiento, ale, zgodnie z obietnicą, nie odezwał się, a jedynie powędrował wzrokiem gdzieś w bok, z krzywym uśmiechem na ustach.
 - Wiesz, że mamy obowiązek opowiadania Once snów, prawda?
- Wiesz, że mam lepszą pamięć od ciebie? Mówiłaś mi o tym zaledwie szesnaście razy. Wliczając teraz, to już siedemnaście.
- Powiedziałam jej o tym, bo... nie mogłam inaczej. Stała się podejrzliwa. Nie ufa mi - wyznała Sheolo.
- Um... a niby czemu? - zdziwił  się Wężowaty. - Mogła sobie to zinterpretować w dowolny sposób. O ile powiedziałaś jej to, co mnie.
- Tak, tak. Nawet ogłosiła plemieniu, że Bogowie są mi przychylni i ukazali mi zdrajcę. Z tym... - zawahała się, przypominając sobie moment, w którym zdecydowała się ominąć uderzający szczegół wizji sennej. - Że nie powiedziałam jej wszystkiego.
- A ty jesteś beznadziejnym kłamcą, który, nawet mówiąc prawdę i omijając jej część, śmierdzi na kilometr. - Podsumował Assiento, przyklaskując swojemu stwierdzeniu, aż jego złote ozdoby zadzwoniły. - Fakt, to nieco komplikuje sprawę. 
- Nawet nie o to chodzi. Martwi mnie, co pokazali mi Bogowie.
- Ja pierdole - westchnął chłopak, ponownie zawiedziony rozumowaniem koleżanki.
- Ten atakujący wilk. On miał moje oczy - rzekła cicho Sheolo, przypominając sobie własne odbicie widziane w potoczku. Jej twarz wyrażała głęboki smutek.
- Łał. Tego, a zdajesz sobie sprawę, że nie ty jedna masz takie oczy? No wiesz, pewnie twoja matka takie ma... ojciec mógł je mieć... Co z tego?
- Może. Ale co jeśli chodziło im o mnie? Że to ja jestem zdrajcą? - pytała z przejęciem.
- A może nie ma żadnych Przodków?
- A może ciebie zaraz nie będzie na tym świecie?
- Od lat ta sama śpiewka - zaśmiał się. - Wiem tyle, że przygnębienie nic ci nie da. Nawet, jeżeli ci cali... hm... bożkowie - drwił, chodząc tam i z powrotem przed obliczem Wilczycy - są przeciwko tobie, zamierzasz się zmienić? Uznać, że jednak miałem rację i podążyć za swoim plemieniem?
- Nie - odparła krótko, acz stanowczo.
- No widzisz... - Pokiwał głową, mrużąc oczy. - I to jest coś, co mnie zarówno dziwi, jak i wprawia w jakiś niesprecyzowany zachwyt twoją osobą. Idziesz ślepo w niepotwierdzoną niczym religię, jednocześnie wkurwiając największą szmaciurę po tej stronie lądu, ale robisz to tylko ze względu na własne przekonania. Jesteś gotowa na porzucenie dogmatów, byle pozostać sobą.
- Może tak jest - mruknęła od niechcenia.
- Trochę mi ciebie szkoda. Taka młoda, taka naiwna. Hm.
- Skończyłeś?
- Ja nie, ale ty już chyba tak. To co? Teraz moja kolej?
- Przepraszam bardzo, na co? - zapytała zdenerwowana dziewczyna.
- Na sugestię rozrywki. Twoją było opowiadanie bajek, a moją jest... - Zawiesił głos, pokazując wskazującymi palcami jakiś kierunek. - Słyszysz? Durne bękarty kotów nadal są niewychowane i łażą po terytorium Wężów!
- No nie... a tobie nadal pedofilia nie przeszła? - roześmiała się Sheolo, wytrącona z poważnego tonu.
- Jaka tam pedofilia. Straszenie niższych od siebie zawsze było zabawne.
- W zasadzie, to moja matka przetrzebiła tyle Pum, że dziwi mnie, jak oni jeszcze mają czelność mnożenia się przy naszych granicach.
- Ahaha, a widzisz? Ojciec w ziemi, matka się z kolejnym rozmnaża, a dziecioki się turlają po naszych ziemiach, debile jebane.
- To nie jest śmieszne - powiedziała Wilczyca, ale sama aż trzęsła się ze śmiechu.
- No właśnie! To my pójdziemy im pomóc, żeby głupie kurwy wiedziały, kto im ojca dojebał i nie powtórzyły jego błędu.
Sheolo warknęła, zaprzeczając, ale, w gruncie rzeczy, straszenie dzieci należało do tych nieszkodliwych złośliwości, które ją szczerze bawiły.

*    *    *    *    *    *    *    * 


- Ja jebię, czemu to jest takie tępe - śmiał się Assiento, wspominając czteroletniego chłopca, który, ze strachu przed Wężowatym, uderzył w drzewo.
- Ale ten jeden to niezłego kozaka zgrywał, co nie? - krzyczała rozbawiona Sheolo.
- No już myślałem, że mu wyjebię, ale mnie ślicznie wyręczyłaś. Ty i bicie dzieci, kto by pomyślał?
- Dzieci się nie bije, co innego głupie kurwy - podsumowała wrednie.
- A tak poważniej, to dzieciaki miały dużo szczęścia, że spotkały akurat nas - spoważniał chłopak. - Nie, żebym nas uważał za przykładnych nauczycieli, ale...
- Ten jeden to na pewno by nie przeżył pyskówy do Wężowatego. Wiem o tym - prychnęła dziewczyna, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Naprawdę Pumy nie wspominają dzieciakom o tym, że na widok jadowitego Nieczłowieka powinno się spierdalać? Nawet Onka mówi to dzieciom Dur'Khanów.
- Pumy mają trochę inny system wartości, wiesz? Jakbyś kiedyś miała okazję dogadać się z jednym, polecam pogawędkę. Wtedy zrozumiesz.
- Nie czaję. Co ma bezpieczeństwo dzieci do ich systemu wartości? A poza tym, nie sądzę, by Wilki były w stanie dogadać się z Kotkami - zadrwiła Sheolo.
- No, wiesz... właśnie wracasz do domu z Wężowatym -  skwitował z uśmiechem, na co dziewczyna wyszczerzyła zęby.
Wtem, ich uszu dobiegły odległe, rozpaczliwe, dziecięce wrzaski. Assiento zatrzymał się, marszcząc brwi i spojrzał w stronę, z której dochodziły dźwięki płaczu. Podobnie uczyniła Sheolo.
- Bogowie... - mruknęła. - Aż tak ich nastraszyliśmy?
- To nie brzmi jak dzieci Nieludzi - powiedział chłopak ponuro, nie odwracając głowy.
Wilczyca zamrugała. Zmierzyła Wężowatego wzrokiem, próbując ustalić, o co mu chodzi. Przynajmniej taki był jej odruch, bo podświadomie już wiedziała, co się dzieje.
Kąciki ust Assiento zagłębiły się w wyrazie dezaprobaty. Zatoczył oczami koło, po czym zerknął ukradkiem na dziewczynę. Ta wyprzedziła go o parę metrów, stanęła na małej górce i przyglądała się czemuś w oddali. Widział, jak jej oczy zachodziły dziwną mgłą, a piersi unosiły się i opadały coraz szybciej.
- Nie... to niemożliwe... - wydukała, z trudem składając głoski w wyrazy. 
Terytorium Wężowatych - trawiaste wyżyny - było oddzielone od lasów zamieszkiwanych przez Wilczych  zanikającą już granicą. Owa granica, od lat nienaruszana i nieużywana, zaznaczała się wśród dzikiej roślinności dość szeroką ścieżką. Jeszcze wiek wstecz napotykało się na tej drodze ludzkie konwoje, podróżujące z jednego grodu do drugiego, ale obecnie...
-  Dlaczego...? Dlaczego tędy jechali?! - krzyczała Sheolo, wykonując nieskoordynowane ruchy rękami. - Mało im?! Nie jeździli tędy, odkąd matka uśmierciła ósmy oddział z rzędu!
- Uspokój się.
- NIE, nie mów mi, kurwa, że mam się uspokoić! Zaraz rozniosę to pierdolone miejsce! Argh!
Wężowaty zbliżył się w błyskawicznym tempie do koleżanki i uderzył ją łokciem w dół pleców. 
- Dosyć. Musisz tam iść - syknął, gdy zwróciła się ku niemu, rozjuszona. 
- Czy ty rozumiesz, że przez, kurwa, głupotę, herezję, będą ginąć niewinne dzieci?
- A ty będziesz przy tym i odzyskasz zaufanie matki. 
- Nie. Assiento, zrozum, ja nie d...
- Nawet nie próbuj ich ratować. - Wciął jej się w słowo ze złością. -  Jedynym, co byś uzyskała, byłaby zbędna śmierć. Twoja. 
Zrazu, twarz Sheolo przestała wyrażać jakiekolwiek emocje. Wyglądała jak ktoś, komu życie stało się obojętne. Assiento miał złe przeczucia.
- No dalej. Idź tam. Musisz.
Czuła nieprzyjemne, łaskoczące skurcze wszystkich mięśni nóg, ale poszła. Chłopak przez jakiś czas odprowadzał ją wzrokiem.
  

*    *    *    *    *    *    *    *


- Matko... - zaczęła Sheolo, kiedy tylko zbliżyła się do płonącego, kompletnie rozbitego konwoju. - Co się dzieje?
Wilczyca podbiegła do Onki, stojącej na jednym z płonących wozów i odprawiającej intensywne modły. Młoda zatrzymała się przed ścianą ognia i obrzuciła błędnym spojrzeniem pocięte, częściowo zmiażdżone ludzkie ciała, porozrzucane fragmentami w kałużach krwi. Serce waliło jej w piersi jak młot, a żołądek jakby próbował się wyrwać.
- Nadszedł dzień... - zawodziła chrapliwym głosem Wyrocznia. - Dzień zapłaty...!
- Co zamierzasz zrobić z tymi dziećmi, matko? - zapytała, oglądając zapłakane, w niewielkiej części ranne, przerażone buzie. Większość z nich patrzyła ślepo na zwłoki dorosłych, zaciskając drobne ząbki w szlochu, zagłuszanym przez ryki Wilczurów i szum płomieni.
Sheolo zachciało się wymiotować.
- Niewierni! - wrzasnęła Onka, a plemię zawtórowało zwierzęcymi okrzykami.
Dziewczyna rozglądała się po wymazanych juchą, zdziczałych stworzeniach, jakie do teraz uważała za rodzinę. Wszyscy w kościanych maskach, tańczący w rytm upiornej muzyki śmierci. Niektórzy pili krew, jedli jeszcze ciepłe ciała. Inni, pochylając się nad zagubionymi w odmętach bezsensownej wojny dzieciach, wydawali z siebie nienaturalne charkoty. Część kobiet stymulowała seks. Dur'Khan, pogrążeni w tej całej ohydzie, przeżywali ekstazę. A młoda Wilczyca zaczynała rozumieć, dlaczego istoty pokroju jej braci zostali nazwani Nieludźmi.
- Właśnie dzisiaj! Bogowie obdarzyli nas młodą krwią, obarczoną pierworodnym grzechem rodziców! Oto one! Dzieci niewiernych! 
A Wilcy zawtórowali jej.
- My! My już nigdy nie zapomnimy Wojny...! Nasze dusze przypieczętowane są nienawiścią, a Bogowie prowadzą nasze dłonie ku bitwie! Lecz ona...! - Onka wskazała na córkę. - Oto spadkobierczyni Wojny, wybrana przez Przodków! 
Dur'Khan otoczyli Sheolo, tupiąc i wyginając się w agresywnym tańcu wojennym, a ona rozglądała się, zdezorientowana. Niepewna, o czym mówi jej matka. Zapach posoki i dymu dławił ją, podrażniał spojówki. 
Zaś na ciemniejącym horyzoncie rozpoczynał się sztorm.
- Niechaj krew skażonych grzechem pierworodnym swoich rodziców, przelana ręką spadkobierczyni Wojny, zmyje ludzkie winy!
Dziewczyna wpatrywała się w osłupieniu w szamankę, powoli pojmując, czego wymaga od niej plemię. W jej myślach powstała biała ściana. Po raz pierwszy w życiu zrobiło jej się zimno.
Nie wiedziała, kiedy Dur'Khan zaczęli prowadzić dzieci w stronę wioski. Ona sama poruszała się mimowolnie, prowadzona przez matkę w silnym uchwycie, niczym szmaciana laleczka.
Bogowie... nie pozwólcie jej... jak możecie to oglądać? 
Zapadł zmrok. Wojownicy poczęli rozpalać wielkie stosy drewna i stojące, kościane pochodnie, w wielkim szczęściu wrzucając zwłoki do ogniska. Onka puściła córkę i poszła do ołtarza, posypując go czymś. Sheolo stała w miejscu, drżąc, czego nikt w ogólnym podnieceniu nie mógł zauważyć.
Wrzask dzieci był nie do wytrzymania, a zbliżająca się wichura targała płomieniami, które omiatały otoczenie podobnie do kłapiących paszcz rozeźlonych upiorów.
Chaos panujący w szczepie dopełniło dudnienie bębnów wojennych.
 Niechaj krew skażonych grzechem pierworodnym swoich rodziców, 
przelana ręką spadkobierczyni Wojny, 
zmyje ludzkie winy!
To nie jest mój dom. To jest piekło.
To nie jest Wyrocznia. To heretyczka.
To nie jest religia. To droga w ciemność.
Przywołana, podeszła do matki, a jej oczy przepełnione były mieszanką szoku i rozżalenia. Bez słowa sięgnęła po rytualny sztylet, gdy Onka wyciągnęła go przed siebie. Chociaż gdzieś w myślach ciągle podejmowała decyzję, wiedziała, że cokolwiek zrobi, nie będzie to zgodne z wolą szamanki. A to oznaczało śmierć.
Wzięła głęboki wdech, jakby chcąc po raz ostatni posmakować uczucia pełnych płuc. Odwróciła głowę ku przerażonym dzieciom, których los miał teraz zależeć od pojedynczego, precyzyjnego cięcia. Ich czerwone, zaszklone od łez oczy utwierdziły ją w przekonaniu, że postępuje dobrze. 
W jej wspomnieniach zamigotał jeszcze Assiento. Zastanawiało ją, czy będzie żałował. Nie potrafiła tego zgadnąć. Uśmiechnęła się lekko, niewidocznie. Lubiła go bardziej, niż sądziła kilka godzin wcześniej.
Chwyciła ostrze sztyletu w palce drugiej dłoni, układając je poziomo. Nieco uniosła broń, przeglądając się w metalicznym odbiciu. Dostrzegła dzikie, wilcze oczy. Te same, które znała ze snu.
A jednak.
- Teraz! Zabij! 
Krzyk matki, kończący rytualną litanię, wyrwał ją z zamyślenia. Poczuła nieprzyjemny skurcz w piersi. Spokój jej duszy rozdzierał rozpaczliwy krzyk, jakiego nie miała odwagi z siebie wydobyć. Uniosła swoje zwierzęce oczy na rodzicielkę. Dostrzegła dokładnie to samo, co w chwilach oglądania własnych, lustrzanych tęczówek, lecz to już zdawało się nie mieć znaczenia.
Wtedy to się stało.
Z brzękiem, którego świętujące przy ogniu, bębnach i wrzaskach plemię nie mogło usłyszeć, do wioski wpadł w pełni uzbrojony, ludzki oddział konny. Zaskoczenie wzięło górę. Już po kilkunastu sekundach jedna trzecia Dur'Khanów legła, przebita strzałami i długimi ostrzami.
Sheolo poczuła zbawienny napływ adrenaliny. Spojrzała na Onkę jeszcze raz, tym razem z obrzydzeniem, którego nigdy do tej pory nie odważyła się okazać.
- Nie.
Szamanka, oglądająca w niemym zaskoczeniu klęskę własnego plemienia, na dźwięk zdecydowanego głosu córki wyprostowała się, jednocześnie pochylając szyję, podobna do sępa.
- Zdrajca! - syknęła.
- HERETYCZKA! - wrzasnęła Sheolo, po czym odwróciła się i przecięła więzy krępujące dzieci. Kazała im trzymać się razem i uciekać do swoich.
- Bogowie, prowadźcie moją dłoń!
Młoda usłyszała znajomy dźwięk. Znała go, oj, znała.
W ostatniej chwili przykucnęła i, sięgając od dołu, złapała za uchwyt kosy wymierzonej w jej głowę. Z wysiłkiem przekraczającym granice jej wytrzymałości, chwyciła ciężki kij obiema dłońmi i obróciła go poziomo, mocując się z matką. Czuła jednak, że ta walka nie należy do niej.
Krzyknęła z bólu, gdy jej mięśnie zaczęły się zrywać. Odpuściła, upadając na kamienne stopnie i turlając się, by uniknąć uderzenia. Wstając, dostrzegła pęknięcia, powstałe po spotkaniu się kosy Onki z podłożem ołtarza.
Kątem oka widziała, jak inni Wilkowaci polegają. Nie zależało jej na tym. Tego dnia straciła wszelkie więzi z Dur'Khanami. Uskakiwała przed huśtającą się z zawrotną prędkością kosą matki, rozwalającej wszystko na swej drodze. Zastanawiała się, kto ją szybciej zabije - ludzie czy Onka.
W końcu dotarła do punktu bez wyjścia, zderzając się plecami z jedną ze skał, które otaczały wioskę z dwóch stron. Zrezygnowana, podjęła ostatnią, rozpaczliwą próbę zablokowania śmiertelnego uderzenia. Wiedziała, że długo nie wytrzyma. 
Stękając i przygryzając wargę aż do krwi, pomyślała, że istnienie jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Na świecie są dzieci, które płaczą za swoimi rodzicami, ale są też tacy jak ona - mierzący się z rodzicielami na śmierć i życie. Czym się różni jeden rodzic od drugiego? Wszyscy byli stworzeniami. Dlaczego tak się od siebie różnili?
Onka przydusiła Sheolo drzewcem. Z warknięciem zwolniła nacisk, tylko po to, by uderzyć córkę górną, kamienną częścią ostrza. Młoda Wilczyca dostała w głowę, wpadła na skałę i osunęła się po niej, nie mając już więcej energii na walkę z ciemnością ściągającą ją w otchłań. 
Była pewna, że to już koniec. Mimo to, nie czuła żalu. Cieszyła się, że udało jej się zrobić to, co tak naprawdę pragnęła uczynić. Spod zmrużonych powiek widziała matkę, która upuściła kosę i podniosła rytualny sztylet, który, o ironio, miał pozbawić tchnienia innych żyjących.
Niech i tak będzie.
Rozwścieczona Onka, zaślepiona końcem własnej herezji, zignorowała możliwość ucieczki. Głęboko wierzyła, że to jej córka jest zdrajcą, sprowadzającym na plemię Dur'Khan klątwę Przodków.
Zaś tym, co zobaczyła Sheolo, były znajome, wilcze oczy, patrzące na nią z nienawistną żądzą mordu. Oczy, które w całym swym obłąkańczym zapale zgasły, gdy czyjeś świetliste ostrze ścięło głowę bestii, nierozumiejącej swych błędów aż po kres.

- Panie, co robimy z tą? Zabić?
Sheolo otworzyła powoli oczy, zastanawiając się, czy już umarła. Z rozpaczą odkryła, że nawet nie zdążyła do końca stracić przytomności. Wilcza wytrzymałość robiła swoje.
Podparła się odrętwiałym ramieniem, niepewna, czy jeszcze w ogóle ma jakieś kończyny. Próbowała wstać.
- Ej, to nie ona uwolniła dzieciaki?
- Nie, no co ty... niemożliwe...
Udało jej się przykucnąć. Pierwszym, co dostrzegła, była dokonana dekapitacja Onki. Zaszumiało jej w głowie. Dotarło do niej, że powinna się bać. Albo tłumaczyć. Lub prosić o litość. Nie miała jednak w sobie cienia strachu. Zamiast tego czuła się jak cholerny wybraniec Bogów, o którym tyle opowiadała jej matka. Przetrwała. Żywa pośród martwych. Nie liczyło się nic innego.
Nie miałaś racji, matko.
Zakaszlała, rozluźniając gardło po nieprzyjemnym akcie duszenia. Doznała lekkich zawrotów, ale poczuła się na sile, by stanąć na nogi. Spowodowała tym szmer wśród ludzkiego oddziału i wysunięcie się części kling.
Zobaczyła, że stojący przed resztą ludzi mężczyzna - najwidoczniej dowódca - wykonał dyskretny gest dłonią. Zdziwieni wojownicy opuścili gardę.
Omiotła go spojrzeniem. Wyglądał dokładnie jak ktoś, kogo nie chciałaby zdenerwować. Rozważała, czy powinna coś powiedzieć, ale zdecydowała się poczekać na wyrok. Spojrzała mu prosto w oczy. Przyglądali się sobie z chłodnym skupieniem. W końcu, jak przystało na Wilczura, Sheolo straciła cierpliwość.
- Zabijesz mnie czy nie? - zapytała zmęczonym, nieco zachrypiałym głosem. - Bez urazy, ale miałam naprawdę ciężki dzień. I... - kontynuowała, zerkając na truchło Onki. - ...i w ogóle, trochę trudne życie. Nie, żebym nie wiedziała, jak trudna jest decyzja o zamordowaniu czyjegoś dziecka, bo tego... - uśmiechnęła się słabo. - Też miałam z tym dzisiaj lekki problem. Ale wiesz, spieszy mi się odpocząć. Na tym świecie albo na tamtym.

Nowa w oddziale!

Pójść…? Pójść z wami…? Słowa wypowiedziane przez mężczyznę docierały do niej jakby z opóźnieniem. Spodziewała się wielu odpowiedzi, w tym...