Pójść…? Pójść z wami…?
Słowa wypowiedziane przez mężczyznę docierały do niej jakby z opóźnieniem. Spodziewała się wielu odpowiedzi, w tym kilku kończących jej żywot w makabryczny sposób, ale nie takiej. Z początku przyglądała się dowódcy w osłupieniu, a po chwili obrzuciła spojrzeniem jego zdezorientowany ów decyzją oddział. Szukała oznak złośliwego żartu lub potwierdzenia przesłyszenia się.
Nie rozumiała, skąd się brało narastające w jej piersi uczucie paniki. Potrzebowała kilku dłużących się sekund, aby w ogóle przemyśleć zaistniałą sytuację. Rzadko się bała. Wilkowaci, a szczególnie wojownicze szczepy tej rasy, od dziecka uczyli się zwalczania strachu. Z jednej strony pozwalało to członkom plemienia na brawurowe, bezlitosne (i bezmyślne) ataki, z drugiej - przyczyniało się do usypiania prawidłowo działającej podświadomości, ostrzegającej przed niebezpieczeństwem. Tak czy inaczej, Sheolo się bała. A to stanowiło dla niej coś dziwnego, niecodziennego.
Odetchnęła cicho i postąpiła parę kroków naprzód, błędnym wzrokiem poszukując odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Co powodowało strach? Dlaczego się wahała? Czy to przywiązanie do rodzinnych lasów?
Jakie przywiązanie?, pomyślała z goryczą wymalowaną na ustach. Od zawsze marzyłam o ucieczce. Teraz nie muszę już uciekać, ale…
Ignorując nerwowe gesty co poniektórych żołnierzy, wyszła na sam środek placu, który do tej pory znajdował się w centrum wioski Dur’Khan. Obejrzała zmasakrowanych Wilczurów leżących we własnej krwi, podobnie, jak niedawno oglądała zwłoki bezbronnych ludzi z karawany. Z tą różnicą, że ludzi było jej szkoda, a współplemieńców? Wcale.
Dogasające stosy; chaty obrócone w strzechę, zakrywającą strzępy pozostałe po futrach egzotycznych, upolowanych ich rękami zwierząt. Stygnące ciała, w których krew gorętszą chciała być od ognia, żarliwszą od herezji władającej ich umysłami. Dokładnie tyle zostało z rodziny, jaka, zdaniem Onki, była prowadzona przez Przodków.
- Tyle warte są wasze truchła, ile cała twoja herezja, matko! - powiedziała nerwowym, acz nie bardzo podniesionym tonem młoda wilczyca, zupełnie, jakby chciała wyprzeć swój strach złością.
Ale jedynym, co jej wówczas odpowiedziało, była głucha cisza odpowiednia śmierci oraz ciche brzęczenie metalowych części zbroi oddziału, zbierającego się do powrotu z pola bitwy.
Było w tym coś jeszcze. Spojrzenie, którego, patrząc w przeciwnym kierunku, nie mogła zobaczyć.
- Matko? - zapytał krótko znajomy już dla dziewczyny głos.
Westchnęła.
- Przeszkadza ci to, kim jestem?
Mężczyzna otworzył usta, by coś odpowiedzieć, jednak, po chwili zastanowienia, zamilkł.
- Nie jestem twoim wrogiem - uciął w końcu, zbliżając się stępa do grupy sanitariuszy doglądających dzieci.
Sheolo nie potrafiła wyłapać sensu rozmowy z tym człowiekiem. Zaczynając od tego, że od niemowlęcia wpajano jej, iż do takiej rozmowy w ogóle nie mogłoby dojść. Kontakt z ludźmi należał do kolejnego objawienia - zdewastowania jednego z nieskończonych kłamstw matki.
- Wybacz - mruknęła w końcu, niepewna, czy ją słyszy. - Chodziło mi o to, że rodziny się nie wybiera.
To nie była moja rodzina.
W myślach wyliczała wszystko, za czym mogłaby tęsknić. Stopniowo odkrywała, że jedynym, co wiąże ją z tym obszarem, jest ślepe przywiązanie, a raczej - obawa przed nieznanym, bowiem nie znała niczego poza lasami dzielonymi przez Pumy i Dur’Khanów, z dodatkiem niewielkiej części wyżyn Wężowatych.
Właśnie, Wężowatych.
Poczuła nieprzyjemny przewrót w żołądku.
Gdzie byłeś, Assiento? Czy kiedykolwiek ci zależało? Czy przyszedłbyś tutaj po moje ciało, gdyby wszystko poszło źle?
Wzbierał w niej gniew do przyjaciela. Docierało do niej, że Gad był kolejnym dzikusem stosującym proste, schematyczne zasady. Świat miał być czarno-biały, a wszelki kontrast oznaczał wojnę. Od poglądów Dur’Khan różniło go jedno - brak emocji. Coś, czego nie mogła, nie chciała i nigdy, nawet za cenę stracenia, nie zdecydowałaby się przyjąć za pewnik. Faktycznie, miała w tym sporo racji - Assiento, jak przystało na Wężowatego, nie zagłębiał się w motywy filozoficzne, nie ulegał też bodźcom emocjonalnym ani religijnym. Jego psychika działała zerojedynkowo.
Zrazu, Sheolo przypomniała sobie o ostatniej rozmowie z kolegą. O śnie, jaki, według niego, należał do mrzonek wywołanych heretyckimi wyobrażeniami. Przypominała sobie obrazy zapamiętane w onirycznej wizji, zestawiając je z ostatnimi wydarzeniami.
Wilk, jej oczy, atak. Onka sięgająca po sztylet i unosząca dłoń w geście sądu ostatecznego.
Przodek, przyglądający się tragicznej scenie. Burza.
Świetlista istota, ściągająca wilka w otchłań. I…
Sheolo obróciła się z impetem, trafiona nagłą potrzebą zobaczenia dowódcy. Człowieka, który ją ocalił. Jej oczy wyrażały głęboki szok. Wojownik, stojący najbliżej Wilkowatej, ze zdumieniem odsunął się parę metrów, nie rozumiejąc zachowania dziewczyny.
Na boku, mężczyzna pytał medyków polowych o stan dzieci.
- Nie jest z nimi dobrze. Są w szoku, a poza tym, te potwory zraniły niektóre z nich. Jeżeli chcemy doprowadzić je żywe, musimy się nimi zająć. I to szybko - tłumaczyła, sądząc po głosie, sanitariuszka.
- Słyszeliście, chłopcy. Wynosimy się stąd. Czekamy jeszcze tylko na decyzję znajdy.
Wilkowata w tym czasie kucała przy zwłokach matki, kątem oka zerkając na wysuszoną obłędem twarz kobiety. Nie dane jej było zobaczyć twarzy własnej matki od co najmniej piętnastu lat. Słabo ją pamiętała. Jednakże, obiektem zainteresowania Sheolo nie było ciało Onki, a potężny oręż, jaki parę chwil wcześniej prawie pozbawił ją życia, a który - ironicznie - został stworzony właśnie przez młodą Wilkowatą, kiedy ta ukradła jeden z nierozumianych przez siebie skrawków pergaminu z wioski Wężowatych.
Słysząc słowo “znajda”, ocknęła się.
- Co…? Nazywam się Sheolo.
- Dobrze, znajdo, spieszy nam się. Zdecydowałaś? - Obejrzał się do niej. - A to co, bierzemy łupy wojenne?
- Sheolo - mruknęła grobowym tonem, z wolna się irytując. - Ta kosa… - Zawahała się, czując ciężar winy na sercu. - Należy do mnie. Własność matki przechodzi na córkę.
- Nigdy nie zamierzałem tego kwestionować - odparł, patrząc po swoim oddziale. - Bierzcie dzieci na konie. Macie jakiegoś wolnego dla naszej znajdy?
Pomimo pewnych obaw, związanych z mikrouszkodzeniami mięśni ramion, dziewczyna w sekundę dźwignęła ciężką kosę, przełożyła ją sobie na plecy i szybkim krokiem podeszła do sanitariuszki.
- Hej, ty. - Kobieta spojrzała zaskoczona na dzikuskę. - Jak nazywa się wasz dowódca?
- Pan… um. - Dukała. - To znaczy… książę Kadan.
Sheolo pokiwała głową, po czym obróciła się do siedzącego na koniu księcia.
- Te, słuchaj, KaJdan - zawołała, dokładnie akcentując jedną z liter. - Jesteś wysoki na tym koniu, ale jeszcze raz mnie nazwiesz znajdą, to ja cię z tego konia wyrównam.
Wśród żołnierzy można było usłyszeć zduszony śmiech. Najbardziej rozbrajającą była reakcja księcia, oglądającego się na swoich ludzi.
- Kajdan, tak? - rzucił mężczyzna i zeskoczył z końskiego grzbietu, żeby zaraz podejść do Sheolo i spojrzeć na nią z góry nawet mimo to, że oboje stali na ziemi, tuż obok siebie. - Jak widać jestem wysoki i bez wierzchowca. Skoro uważasz, że dasz radę, spróbuj nieco mnie “wyrównać”, ale uważaj, żebyś sobie przy tym ząbków nie połamała. A teraz zbieraj dupę jeśli masz zamiar iść z nami, bo nie zamierzam zostać tu ani minuty dłużej.
Orientując się, że obcy lider rzucił jej swoiste wyzwanie, odruchowo opuściła głowę, ale na jej twarzy wciąż pozostawał uśmiech. Ledwo skończył mówić, odpowiedziała mu:
- Jestem ci wdzięczna. Ratujesz nie tylko swoich. Uważam, że jesteś dobrym przywódcą. Pójdę za tobą.
- Tak lepiej. - Dowódca znów podszedł do swego rumaka i wskoczył na jego grzbiet by ruszyć przodem, popędzając tym samym swoich ludzi. W tej chwili najważniejsi byli ranni. Trzeba było rozbić obóz i zająć się nimi.
Sheolo zerknęła na sanitariuszki uwijające się z podsadzaniem ostatnich dzieciaków na konie prowadzone przez innych wojaków.
- Pomóc wam…? - zapytała, bez zbytnich nadziei na pozytywną reakcję.
- Damy sobie radę - skwitowała krótko kobieta, zerkając podejrzliwie na Wilczycę, która tylko zacmokała.
- Hej, młoda, tutaj! Zobacz tego! Lubisz wyzwania? Na tym skubańcu nikt za młodu nie chciał siadać.
Dziewczyna odwróciła się do jednego z żołnierzy, podprowadzającego w jej stronę dość pokaźnych rozmiarów ogiera. Pokazała zęby w uśmiechu.
- A jakże! Dawaj mi go tu.
- Nie martw się nimi. Młodzi są, mało widzieli. My, starzy, zęby już zjedliśmy na tej całej wojnie i świadkowaliśmy różnym dziwom. Oni muszą się jeszcze przyzwyczaić do życia - powiedział, przytrzymując wodze konia i upewniając się, czy Wilczyca poradzi sobie z ujeżdżaniem go.
- Dziękuję. To miłe z twojej strony - odparła, nie wiedząc, jak inaczej mogłaby to skomentować. - Chociaż przyznam, że myślałam …
- Że jest odwrotnie? - zachrypiał rozbawiony mężczyzna. - Znasz nas, ludzi, tak samo słabo jak oni ciebie. Pamiętaj o tym. Oni też nie wiedzą, czego się po tobie spodziewać, a ludzką naturą jest strach przed nieznanym.
- Naprawdę? - mruknęła. - To chyba mam więcej wspólnego z człowiekiem, niż sądziłam… - zażartowała pod nosem, zamyślona.
- A cóż, że Nieczłowiek? Wyglądasz jak my, mówisz jak my i teraz będziesz z nami walczyć! Dla mnie już jesteś jedną z nas!
Spojrzała na swojego rozmówcę z grzbietu konia. Odczuła napływ sympatii. Jego słowa należały do najmilszych, jakie usłyszała przez całe siedemnaście lat swojego życia.
- No już, dziadku! Bo jeszcze nam ją spłoszysz! - zaśmiał się jakiś młodzik, po czym zakaszlał. Przysłowiowy dziadek pomarudził coś żartobliwie o braku szacunku do starszych i zaczął chwalić kult rodziny spotykany u większości Nieludzi.
Sheolo spięła grzbiet konia nogami, kierując zwierzę za resztą oddziału. Ogier faktycznie miał skłonności do wierzgania, ale silne, przywykłe do szarpaniny mięśnie Wilczycy nawet tego nie wychwyciły. Zresztą, dziewczyna i tak była zbytnio zajęta przyglądaniu się jednemu z ludzi.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - spytał Alerarti, zerkając na swego pana. Nie kwestionował oczywiście jego rozkazów, co więcej wiedział, że osądy księcia zazwyczaj okazują się trafne, ale istniała mała szansa na to, że jego dowódca nie przemyślał swoich działań. Jak i wszyscy, którzy służyli Kadanowi nie miał nic przeciwko nieludziom, ale zabieranie ze sobą przedstawicielki plemienia, które właśnie wycięli w pień zdawało się szaleństwem…
- Jak widać nie chce zemsty, już by po nią sięgnęła, gdyby tak było. a jeśli walczyła dla ludzkich dzieci… może i walczyć dla innych - rzucił książę ucinając temat. Nie, nie miał całkowitej pewności, że robi dobrze. Tej nigdy mieć nie można, ale nie zwykł osądzać nikogo od tak, biorąc pod uwagę czyjeś korzenie. Sam przecież próbował odciąć się od tego kim i jaki powinien być. Zbierał więc wokół siebie i innych, którzy, tak jak on sam, szukali swojej własnej sprawiedliwości i swoich własnych przekonań.
Obóz rozbili kilometr dalej, oddalając się jedynie na tyle, na ile było to konieczne, by opuścić ziemie należące do innych plemion nieludzi.
Oddział Kadana nie wyszedł z potyczki bez szwanku. Piętnastu ludzi zostało rannych, w tym trójka z nich bardzo poważnie. Mimo to sama bitwa była wielkim sukcesem. W końcu nikt z nich nie poległ, co było niezwykłym wyczynem w walce z całym plemieniem Wilkowatych, którzy słynęli ze zdolności do walki, wytrzymałości i bitewnego szału pozwalającego im walczyć w chwilach, gdy ktokolwiek inny padłby już targany konwulsjami agonii.
Ten ogromny sukces nie cieszył jednak Kadana. To zwycięstwo miało gorzki smak licznych trupów niczemu niewinnych ludzi, których książe przybył tu, ratować. Młody mężczyzna cieszył się oczywiście z faktu, że udało się uratować przynajmniej dzieci, które wrócić mogły teraz do swoich dalszych rodzin lub zostać oddane pod opiekę właściwych ludzi. Tak samo pokrzepiający był fakt zniszczenia plemienia, które mogło być niczym innym, jak dalszym zapalnikiem kolejnych, tragicznych w skutkach wydarzeń. I tu jednak odczuć można było cień goryczy… Kadan nie lubił zabijać. Robił to, gdy musiał. W tej chwili musiał, nie żałował podjętej decyzji, ale… wolałby jej zwyczajnie nie podejmować.
Sheolo podążyła za innymi jeźdźcami, przywiązując konia do jednego z drzew okalających obozowisko. Czuła się co najmniej dziwnie. Mimowolnie oglądając się od czasu do czasu na drogę, którą tam przyjechali, walczyła z towarzyszącym jej, nieprzyjemnym uczuciem. Nie potrafiła go nazwać. Przypominało jej to mieszankę ekscytacji z poczuciem winy.
Ludzie rozpoczęli intensywne prace. Ściągali z koni skórzane zawiniątka, stawiali namioty, rozpalali ogniska. Sheolo poczuła się w tym zagubiona - jako wilczur, miała odruchową potrzebę wsparcia oddziału, który w jej myślach kojarzył się z nową watahą. Rozglądała się, próbując znaleźć dla siebie zajęcie. Jej oczy spotkały się z nieprzytomnym, zamglonym spojrzeniem jednego z ciężko rannych. Na ten widok, brwi dziewczyny powędrowały w dół, a usta nieco rozchyliły się w wyrazie konsternacji. Po chwili jednak zebrała się w garść i podeszła do sanitariuszy, pytając, czy czegoś potrzebują. Młoda medyczka już zrobiła wdech, by coś powiedzieć, ale uprzedziła ją sanitariuszka prowadząca.
- Mamy wszystko, czego nam trzeba - zagrzmiała. - Zajmij się sobą.
Dziewczyna obrzuciła spojrzeniem ludzkie zapasy.
- Gdyby wam zabrakło ziół albo skóry…
- Odejdź. Radzimy sobie.
Wilczyca uznała, że nie ma sensu się kłócić. Pokiwała głową, a młodsza medyczka wzruszyła przepraszająco ramionami, zerkając ukradkiem na swoją przełożoną.
Zdecydowała przygotować coś dla siebie, chociaż ponowny napływ adrenaliny, mający miejsce przy podejmowaniu trudnej decyzji, kompletnie usunął objawy zmęczenia. Co prawda nadal dokuczały jej naderwane mięśnie ramion, ale miewała już tego typu obrażenia i wiedziała, że z czasem drażniące objawy przejdą. Wpatrując się tępawo w organizujących obozowisko ludzi, zaczęła poruszać barkami, oceniając własną sprawność. Miała ochotę ściągnąć kosę z pleców, ale nie czuła się na siłach, by ją teraz oglądać.
Wtem, ktoś położył dłoń na jej ramieniu.
- Hej, młoda. - Odwróciła głowę do Dziadka. - Powinnaś odpocząć.
- Nie jestem zmęczona - mruknęła ponuro, zrezygnowana.
- Twój ton mówi mi co innego.
- Nie o to chodzi - westchnęła niecierpliwie. - Dzięki za troskę, ale nie ma potrzeby umartwiania się zwierzętami.
- Czyżbym wyczuwał kobiece zdenerwowanie? - zaśmiał się starszy żołnierz.
- Nie. Czy ja wyglądam, jakbym żartowała? Lub się żaliła? - pytała głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Absolutnie! Ale, odkąd jesteś jedną z nas, będą cię dotyczyć te same zasady, co innych. W to wliczają się także normy korzystne dla obywatela.
- Więc posłuchaj, zanim uznasz mnie za jedną z was. Nie obchodzą mnie wasze zasady, podobnie, jak nie obchodziły mnie zasady mojej matki. Robię to, co uważam za stosowne. Możesz iść to powiedzieć swojemu dowódcy.
- I uważasz, że co zrobi? - chrypiał, wciąż rozbawiony. - Wyrzuci cię za to?
- Dokładnie?
Wojownik machnął ręką, aż mu się przekrzywił hełm, którego nie zdążył do tej pory do końca odpiąć.
- Gdyby Kadan trzymał w swoim oddziale tych, którzy ślepo podążają za zasadami… - zaczął, znacząco urywając zdanie. - Nie. Jego szacunku nie zyskują ci, którzy przyjmują każdy rozkaz bezkrytycznie.
Sheolo milczała. Usiadła na kamieniu obok, prostując nogi i podpierając na nich dłonie. Wzrok wbiła w ziemię przed sobą.
- No, już. Widziałem, że rozmawiałaś z Leilą. Zepsuła ci humor, prawda? - zapytał litościwie Dziadek.
- Skąd. Niby czemu.
- Kłamanie nie wychodzi za dobrze Wilkowatym, co?
Dziewczyna westchnęła, patrząc w bok.
- Widzisz, nie kłamię. Niby dlaczego miałaby mi psuć nastrój? Zadałam pytanie, dostałam odpowiedź.
- Nazywa się Kheleii la Verde, ale o wiele częściej mówimy na nią Leila. No wiesz, środek jej imienia. To jedna z tych, która za łatwo w życiu nie miała. Musisz jej wybaczyć pewne uprzedzenia. Myślę, że to przejdzie.
- Nie będzie lepiej. Może być tylko gorzej - przytoczyła słowa Assiento, wstając i idąc w stronę lasu.
- A ciebie gdzie niesie? - zawołał za nią Dziadek.
- Idę się przejść.
- A gdyby dowódca zapytał, gdzie jesteś?
- A co go interesuje, gdzie się zaplątał jego dzikus? - prychnęła, obracając się do rozmówcy i unosząc ręce w geście niewiedzy. - Idę patrolować teren. Mówiłam, że bezpieczniej byłoby zostać na terenie Dur’Khan. Tam nigdy nic nie przyłaziło, a tutaj może na nas wpaść rodzinka zmokłych Pum.
- Oczywiście. Ale gdyby znudził ci się samotny patrol, my prowadzimy swój. Tutaj, w pobliżu. Będziemy na ciebie czekać. Poza tym - dodał, ponownie przyjmując swój żartobliwy, chrypiący wydźwięk. - jednemu młodemu przydałoby się przetrzebić skórę, a co! Zajdź go z tyłu, a zobaczysz, jaki do przodu!
Sheolo mimowolnie uśmiechnęła się. W duchu przyznała, że chciałaby posłuchać, jak ta dwójka się przekomarza. Kiwnęła głową, wchodząc w nocną ciemność.
Długo spacerowała, zamyślona. Bo przecież miała o czym rozmyślać. Kilka krótkich chwil przewróciło jej życie do góry nogami. A jeszcze nie wiedziała, czy ten przewrót był słuszny i czy na pewno powinna dać się wywrócić. Nie radziła sobie z emocjami, które gotowały jej wilczą krew i rozpędzały serce do granic wytrzymałości. Przynajmniej tak było przed chwilą, bo teraz, wędrując w zroszonej gęstwinie, wchodziła w moment wyciszenia. Słuchając pohukiwania sowy, śpiewu dziesiątek cykad i świerszczy, czy odgłosów skrzekliwych żab, przypominała sobie o fundamentalnych zasadach kierujących jej bytem. Teoretycznie prostych, acz kluczowych.
Natura. Życie i śmierć. Urodzajny cud narodzin, zachodzący na równi z melancholią zniszczenia, spopielenia. Ten wieczny, boski cykl obejmował każdą istotę, tak jak i każde miejsce na świecie. I podobnie, analogicznie, każdy mógł wystąpić wbrew niemu, zaburzając go.
Te rozmyślania zadziałały na dziewczynę oczyszczająco. Uspokoiła się, pozwalając ciału odpocząć od stresu i napięcia spowodowanych adrenaliną. Przymknęła oczy, pozwalając okowom podświadomości opaść, a pod powiekami poczuła zbierające się łzy.
Wracając do obozowiska, przypomniała sobie o zaproszeniu od Dziadka. Skupiła się, prędko wyłapując czujnym słuchem rozmowy jakiejś grupy mężczyzn. Zbliżając się, rozpoznała kilka głosów.
- A tego wielkiego? Ha! Tak go, w pół złamałem!
- Oczywiście, dziadku. Nie licząc, że drugiego, który właśnie chciał ci oderwać głowę, musieliśmy we trzech odciągać.
- Ach, te dzisiejsze młodziki! Ja w waszym wieku dałbym sobie radę z dwoma!
- No nie, ten znowu o swoich młodych latach… - Rozległy się śmiechy i rozbawione westchnienia.
- Skoro takie z was kozaki… - wtrąciła się Sheolo, wychodząc z leśnej gęstwiny typowym dla siebie, wilczym krokiem. - To jam ciekawa, który by poszedł na solo z moją matuszką.
- Ooo, żesz kurwa - zaśmiał się któryś z młodszych. - Nawet mi o tej potworze nie mów.
- Kto z nią walczył, skoro już o tym mówimy?
- Jak to kto? Stoi przed wami! - zachrypiał Dziadek.
- No proszę, tylko nie mów, że ty, bo i tak nie uwierzę - zadrwił młody.
- Nie ja, guptoku! Ona!
- Och. No tak. W końcu, jak się to mówi, krew z krwi… - podsumował, jak zdążyła zauważyć dziewczyna, szatyn, po czym napił się czegoś z metalowej piersiówki.
- Nie - zaprzeczyła stanowczo. - Nie dałabym jej rady.
- Ale za to, jak pięknie ją wytrzymałaś. Potwora nawet nie wiedziała, kiedy zdechła.
- Przypomnij, jak ci na imię…? - zaczepił jakiś, którego widziała pierwszy raz.
- Sheolo. Wam?
- Stary to Roger, ale mówimy na niego Dziadek. Chyba zorientowałaś się, czemu - żartował szatyn, aż dostał od Dziadka pstryczka w ucho. - Na mnie mówią Nero, a ci tutaj, to Severus, Avar i Tehshevuz.
- Kurwa, jak? Kto cię nazywał, moja stara? - skomentowała wrednie Wilczyca ostatnie z imion.
Zanim jednak jego właściciel zdążył zareagować, zastąpił go Nero.
- Dlatego właśnie mówimy na niego Wózek! Nie nasza wina, że jego stary był pod wrażeniem kultur plemiennych!
- Pod wrażeniem? Myślałam, że wy, ludzie, chcecie nas dojebać, a nie poznawać naszą kulturę.
- I tutaj docieramy do przyczyny, dlaczego większość z nas robi w tym oddziale, a nie w królewskim.
- Nie w królewskim…? - zdziwiła się Sheolo. - Zaraz, zaraz. Nie znam się na tym, ale… ktoś ode mnie, powiedzmy, znał się. Wy, ludzie, macie przecież jednego przywódcę.
- A wydaje ci się, że ty to jedyna taka księżniczka, która się zbuntowała? - zarechotał Roger, pociągając kolejny łyk ze swojego pokaźnych rozmiarów bukłaka.
Sheolo wcale dyskretnie pochyliła się do przodu, bezczelnie wąchając powietrze.
- Co wy pijecie? Śmierdzi.
- Śmierdzi?! Wypluj to słowo, dziewczyno! - śmiał się stary. - Czy ty nigdy nie piłaś gorzały?
- Czego?
- Nie wierzę - parsknął szatyn, popijając wódki.
- Alkohol. Napój bogów!
- Nie wydaje mi się… - mrużyła oczy Sheolo, pozostając sceptyczną.
- Widzisz, my, ludzie, uwielbiamy to pić. Powiedzmy, że to nasz sposób spędzania czasu.
- Um… - Wilczyca nie potrafiła zrozumieć. - To… wasz zwyczaj? Picie tego… czegoś?
- Dokładnie…! No, tak to można określić. - Przewrócił oczami Nero.
- My tu gadu gadu… - zachrypiał stary, wyciągając zza pasa kolejny bukłak. - A skoro już taki dobry temat do rozmowy się objawił, to trzeba przy nim wypić!
- Ta jest! - zawtórowali młodsi. - To są te rzadkie przypadki, kiedy słusznie prawisz! - dodał Avar.
Roger wcisnął Sheolo bukłak, a ona niepewnie poniuchała przy otworze.
- No, dalej! Spróbuj sama! - zachęcał ją stary.
- Ble. To jest ohydne - skrzywiła się Sheolo, na co mężczyźni chóralnie wybuchnęli śmiechem.
- Jest takie powiedzenie, że jeśli ci smakuje, to już źle - zauważył Severus.
- Dobra. Wyjaśnijcie mi, po co pijecie coś, co wcale wam nie smakuje?
- To nie ma smakować. To nadaje atmosferę - śmiał się Nero.
- Co?
- Wypij odpowiednią ilość, a będziesz w lepszym nastroju. Wypij za dużo, a się przewrócisz. Ot, cała filozofia. Przy czym pamiętaj, że nie wypada pozostawać w tyle! - tłumaczył w zacny sposób Roger, kołysząc się wesoło.
- Ech… czekajcie… czy to jest trucizna…? - zapytała ze zrezygnowaniem dziewczyna.
- Jaka tam trucizna! - pozornie obruszył się jeden z nich, pociągając kolejny, duży łyk.
Sheolo znała tego typu substancje, ale tylko od Wężowatych. Assiento opowiadał jej, że Węże - odporni na większość toksyn - uwielbiali poszukiwać substancji, które w jakiś sposób by im zaszkodziły. Przyrządzając z nich mocne dawki trucizn, pili je lub wstrzykiwali do krwiobiegu, testując efekty. Nie znała innej rasy, jaka chciałaby sobie szkodzić, szukając zabawy. Westchnęła, postanawiając przyjąć ten wężowy i, jak się okazało, ludzki zwyczaj.
Sprawdzacie, który z was wytrzyma więcej trucizny, co…?, zastanawiała się, obserwując rozszerzające się źrenice niektórych wojowników. Zauważyła też, że zaczynają zachowywać się nieco inaczej - przede wszystkim, ich koordynacja ruchowa oraz gesty przypominały teraz bardziej wilcze, niż ludzkie.
Sheolo przypadkowo odkryła, że wzorem ludzkości został dla niej pewien odziany w zbroję, chodzący dumnym i zdecydowanym krokiem mężczyzna, wysoki, można by wręcz rzec, że książę na czarnym koniu.
Zamrugała, odrzucając od siebie pewne myśli i zaczęła pić.
- Tylko uważaj, żeby nas tu książę nie dorwał! - Kiwał się ze śmiechu Avar. - Bo nas pozabija!
- Co?! Nie wolno wam pić na warcie?! - teatralnie krzyknęła Sheolo, wytrzeszczając oczy.
- No… nie… ale mu nie doniesiesz, prawda?
Zapadła niezręczna cisza. W końcu, Sheolo parsknęła.
- No, to chlejemy!
- Aye! - odpowiedział jej zadowolony chór głosów.
Nie rozumiała, skąd się brało narastające w jej piersi uczucie paniki. Potrzebowała kilku dłużących się sekund, aby w ogóle przemyśleć zaistniałą sytuację. Rzadko się bała. Wilkowaci, a szczególnie wojownicze szczepy tej rasy, od dziecka uczyli się zwalczania strachu. Z jednej strony pozwalało to członkom plemienia na brawurowe, bezlitosne (i bezmyślne) ataki, z drugiej - przyczyniało się do usypiania prawidłowo działającej podświadomości, ostrzegającej przed niebezpieczeństwem. Tak czy inaczej, Sheolo się bała. A to stanowiło dla niej coś dziwnego, niecodziennego.
Odetchnęła cicho i postąpiła parę kroków naprzód, błędnym wzrokiem poszukując odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Co powodowało strach? Dlaczego się wahała? Czy to przywiązanie do rodzinnych lasów?
Jakie przywiązanie?, pomyślała z goryczą wymalowaną na ustach. Od zawsze marzyłam o ucieczce. Teraz nie muszę już uciekać, ale…
Ignorując nerwowe gesty co poniektórych żołnierzy, wyszła na sam środek placu, który do tej pory znajdował się w centrum wioski Dur’Khan. Obejrzała zmasakrowanych Wilczurów leżących we własnej krwi, podobnie, jak niedawno oglądała zwłoki bezbronnych ludzi z karawany. Z tą różnicą, że ludzi było jej szkoda, a współplemieńców? Wcale.
Dogasające stosy; chaty obrócone w strzechę, zakrywającą strzępy pozostałe po futrach egzotycznych, upolowanych ich rękami zwierząt. Stygnące ciała, w których krew gorętszą chciała być od ognia, żarliwszą od herezji władającej ich umysłami. Dokładnie tyle zostało z rodziny, jaka, zdaniem Onki, była prowadzona przez Przodków.
- Tyle warte są wasze truchła, ile cała twoja herezja, matko! - powiedziała nerwowym, acz nie bardzo podniesionym tonem młoda wilczyca, zupełnie, jakby chciała wyprzeć swój strach złością.
Ale jedynym, co jej wówczas odpowiedziało, była głucha cisza odpowiednia śmierci oraz ciche brzęczenie metalowych części zbroi oddziału, zbierającego się do powrotu z pola bitwy.
Było w tym coś jeszcze. Spojrzenie, którego, patrząc w przeciwnym kierunku, nie mogła zobaczyć.
- Matko? - zapytał krótko znajomy już dla dziewczyny głos.
Westchnęła.
- Przeszkadza ci to, kim jestem?
Mężczyzna otworzył usta, by coś odpowiedzieć, jednak, po chwili zastanowienia, zamilkł.
- Nie jestem twoim wrogiem - uciął w końcu, zbliżając się stępa do grupy sanitariuszy doglądających dzieci.
Sheolo nie potrafiła wyłapać sensu rozmowy z tym człowiekiem. Zaczynając od tego, że od niemowlęcia wpajano jej, iż do takiej rozmowy w ogóle nie mogłoby dojść. Kontakt z ludźmi należał do kolejnego objawienia - zdewastowania jednego z nieskończonych kłamstw matki.
- Wybacz - mruknęła w końcu, niepewna, czy ją słyszy. - Chodziło mi o to, że rodziny się nie wybiera.
To nie była moja rodzina.
W myślach wyliczała wszystko, za czym mogłaby tęsknić. Stopniowo odkrywała, że jedynym, co wiąże ją z tym obszarem, jest ślepe przywiązanie, a raczej - obawa przed nieznanym, bowiem nie znała niczego poza lasami dzielonymi przez Pumy i Dur’Khanów, z dodatkiem niewielkiej części wyżyn Wężowatych.
Właśnie, Wężowatych.
Poczuła nieprzyjemny przewrót w żołądku.
Gdzie byłeś, Assiento? Czy kiedykolwiek ci zależało? Czy przyszedłbyś tutaj po moje ciało, gdyby wszystko poszło źle?
Wzbierał w niej gniew do przyjaciela. Docierało do niej, że Gad był kolejnym dzikusem stosującym proste, schematyczne zasady. Świat miał być czarno-biały, a wszelki kontrast oznaczał wojnę. Od poglądów Dur’Khan różniło go jedno - brak emocji. Coś, czego nie mogła, nie chciała i nigdy, nawet za cenę stracenia, nie zdecydowałaby się przyjąć za pewnik. Faktycznie, miała w tym sporo racji - Assiento, jak przystało na Wężowatego, nie zagłębiał się w motywy filozoficzne, nie ulegał też bodźcom emocjonalnym ani religijnym. Jego psychika działała zerojedynkowo.
Zrazu, Sheolo przypomniała sobie o ostatniej rozmowie z kolegą. O śnie, jaki, według niego, należał do mrzonek wywołanych heretyckimi wyobrażeniami. Przypominała sobie obrazy zapamiętane w onirycznej wizji, zestawiając je z ostatnimi wydarzeniami.
Wilk, jej oczy, atak. Onka sięgająca po sztylet i unosząca dłoń w geście sądu ostatecznego.
Przodek, przyglądający się tragicznej scenie. Burza.
Świetlista istota, ściągająca wilka w otchłań. I…
Sheolo obróciła się z impetem, trafiona nagłą potrzebą zobaczenia dowódcy. Człowieka, który ją ocalił. Jej oczy wyrażały głęboki szok. Wojownik, stojący najbliżej Wilkowatej, ze zdumieniem odsunął się parę metrów, nie rozumiejąc zachowania dziewczyny.
Na boku, mężczyzna pytał medyków polowych o stan dzieci.
- Nie jest z nimi dobrze. Są w szoku, a poza tym, te potwory zraniły niektóre z nich. Jeżeli chcemy doprowadzić je żywe, musimy się nimi zająć. I to szybko - tłumaczyła, sądząc po głosie, sanitariuszka.
- Słyszeliście, chłopcy. Wynosimy się stąd. Czekamy jeszcze tylko na decyzję znajdy.
Wilkowata w tym czasie kucała przy zwłokach matki, kątem oka zerkając na wysuszoną obłędem twarz kobiety. Nie dane jej było zobaczyć twarzy własnej matki od co najmniej piętnastu lat. Słabo ją pamiętała. Jednakże, obiektem zainteresowania Sheolo nie było ciało Onki, a potężny oręż, jaki parę chwil wcześniej prawie pozbawił ją życia, a który - ironicznie - został stworzony właśnie przez młodą Wilkowatą, kiedy ta ukradła jeden z nierozumianych przez siebie skrawków pergaminu z wioski Wężowatych.
Słysząc słowo “znajda”, ocknęła się.
- Co…? Nazywam się Sheolo.
- Dobrze, znajdo, spieszy nam się. Zdecydowałaś? - Obejrzał się do niej. - A to co, bierzemy łupy wojenne?
- Sheolo - mruknęła grobowym tonem, z wolna się irytując. - Ta kosa… - Zawahała się, czując ciężar winy na sercu. - Należy do mnie. Własność matki przechodzi na córkę.
- Nigdy nie zamierzałem tego kwestionować - odparł, patrząc po swoim oddziale. - Bierzcie dzieci na konie. Macie jakiegoś wolnego dla naszej znajdy?
Pomimo pewnych obaw, związanych z mikrouszkodzeniami mięśni ramion, dziewczyna w sekundę dźwignęła ciężką kosę, przełożyła ją sobie na plecy i szybkim krokiem podeszła do sanitariuszki.
- Hej, ty. - Kobieta spojrzała zaskoczona na dzikuskę. - Jak nazywa się wasz dowódca?
- Pan… um. - Dukała. - To znaczy… książę Kadan.
Sheolo pokiwała głową, po czym obróciła się do siedzącego na koniu księcia.
- Te, słuchaj, KaJdan - zawołała, dokładnie akcentując jedną z liter. - Jesteś wysoki na tym koniu, ale jeszcze raz mnie nazwiesz znajdą, to ja cię z tego konia wyrównam.
Wśród żołnierzy można było usłyszeć zduszony śmiech. Najbardziej rozbrajającą była reakcja księcia, oglądającego się na swoich ludzi.
- Kajdan, tak? - rzucił mężczyzna i zeskoczył z końskiego grzbietu, żeby zaraz podejść do Sheolo i spojrzeć na nią z góry nawet mimo to, że oboje stali na ziemi, tuż obok siebie. - Jak widać jestem wysoki i bez wierzchowca. Skoro uważasz, że dasz radę, spróbuj nieco mnie “wyrównać”, ale uważaj, żebyś sobie przy tym ząbków nie połamała. A teraz zbieraj dupę jeśli masz zamiar iść z nami, bo nie zamierzam zostać tu ani minuty dłużej.
Orientując się, że obcy lider rzucił jej swoiste wyzwanie, odruchowo opuściła głowę, ale na jej twarzy wciąż pozostawał uśmiech. Ledwo skończył mówić, odpowiedziała mu:
- Jestem ci wdzięczna. Ratujesz nie tylko swoich. Uważam, że jesteś dobrym przywódcą. Pójdę za tobą.
- Tak lepiej. - Dowódca znów podszedł do swego rumaka i wskoczył na jego grzbiet by ruszyć przodem, popędzając tym samym swoich ludzi. W tej chwili najważniejsi byli ranni. Trzeba było rozbić obóz i zająć się nimi.
Sheolo zerknęła na sanitariuszki uwijające się z podsadzaniem ostatnich dzieciaków na konie prowadzone przez innych wojaków.
- Pomóc wam…? - zapytała, bez zbytnich nadziei na pozytywną reakcję.
- Damy sobie radę - skwitowała krótko kobieta, zerkając podejrzliwie na Wilczycę, która tylko zacmokała.
- Hej, młoda, tutaj! Zobacz tego! Lubisz wyzwania? Na tym skubańcu nikt za młodu nie chciał siadać.
Dziewczyna odwróciła się do jednego z żołnierzy, podprowadzającego w jej stronę dość pokaźnych rozmiarów ogiera. Pokazała zęby w uśmiechu.
- A jakże! Dawaj mi go tu.
- Nie martw się nimi. Młodzi są, mało widzieli. My, starzy, zęby już zjedliśmy na tej całej wojnie i świadkowaliśmy różnym dziwom. Oni muszą się jeszcze przyzwyczaić do życia - powiedział, przytrzymując wodze konia i upewniając się, czy Wilczyca poradzi sobie z ujeżdżaniem go.
- Dziękuję. To miłe z twojej strony - odparła, nie wiedząc, jak inaczej mogłaby to skomentować. - Chociaż przyznam, że myślałam …
- Że jest odwrotnie? - zachrypiał rozbawiony mężczyzna. - Znasz nas, ludzi, tak samo słabo jak oni ciebie. Pamiętaj o tym. Oni też nie wiedzą, czego się po tobie spodziewać, a ludzką naturą jest strach przed nieznanym.
- Naprawdę? - mruknęła. - To chyba mam więcej wspólnego z człowiekiem, niż sądziłam… - zażartowała pod nosem, zamyślona.
- A cóż, że Nieczłowiek? Wyglądasz jak my, mówisz jak my i teraz będziesz z nami walczyć! Dla mnie już jesteś jedną z nas!
Spojrzała na swojego rozmówcę z grzbietu konia. Odczuła napływ sympatii. Jego słowa należały do najmilszych, jakie usłyszała przez całe siedemnaście lat swojego życia.
- No już, dziadku! Bo jeszcze nam ją spłoszysz! - zaśmiał się jakiś młodzik, po czym zakaszlał. Przysłowiowy dziadek pomarudził coś żartobliwie o braku szacunku do starszych i zaczął chwalić kult rodziny spotykany u większości Nieludzi.
Sheolo spięła grzbiet konia nogami, kierując zwierzę za resztą oddziału. Ogier faktycznie miał skłonności do wierzgania, ale silne, przywykłe do szarpaniny mięśnie Wilczycy nawet tego nie wychwyciły. Zresztą, dziewczyna i tak była zbytnio zajęta przyglądaniu się jednemu z ludzi.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - spytał Alerarti, zerkając na swego pana. Nie kwestionował oczywiście jego rozkazów, co więcej wiedział, że osądy księcia zazwyczaj okazują się trafne, ale istniała mała szansa na to, że jego dowódca nie przemyślał swoich działań. Jak i wszyscy, którzy służyli Kadanowi nie miał nic przeciwko nieludziom, ale zabieranie ze sobą przedstawicielki plemienia, które właśnie wycięli w pień zdawało się szaleństwem…
- Jak widać nie chce zemsty, już by po nią sięgnęła, gdyby tak było. a jeśli walczyła dla ludzkich dzieci… może i walczyć dla innych - rzucił książę ucinając temat. Nie, nie miał całkowitej pewności, że robi dobrze. Tej nigdy mieć nie można, ale nie zwykł osądzać nikogo od tak, biorąc pod uwagę czyjeś korzenie. Sam przecież próbował odciąć się od tego kim i jaki powinien być. Zbierał więc wokół siebie i innych, którzy, tak jak on sam, szukali swojej własnej sprawiedliwości i swoich własnych przekonań.
Obóz rozbili kilometr dalej, oddalając się jedynie na tyle, na ile było to konieczne, by opuścić ziemie należące do innych plemion nieludzi.
Oddział Kadana nie wyszedł z potyczki bez szwanku. Piętnastu ludzi zostało rannych, w tym trójka z nich bardzo poważnie. Mimo to sama bitwa była wielkim sukcesem. W końcu nikt z nich nie poległ, co było niezwykłym wyczynem w walce z całym plemieniem Wilkowatych, którzy słynęli ze zdolności do walki, wytrzymałości i bitewnego szału pozwalającego im walczyć w chwilach, gdy ktokolwiek inny padłby już targany konwulsjami agonii.
Ten ogromny sukces nie cieszył jednak Kadana. To zwycięstwo miało gorzki smak licznych trupów niczemu niewinnych ludzi, których książe przybył tu, ratować. Młody mężczyzna cieszył się oczywiście z faktu, że udało się uratować przynajmniej dzieci, które wrócić mogły teraz do swoich dalszych rodzin lub zostać oddane pod opiekę właściwych ludzi. Tak samo pokrzepiający był fakt zniszczenia plemienia, które mogło być niczym innym, jak dalszym zapalnikiem kolejnych, tragicznych w skutkach wydarzeń. I tu jednak odczuć można było cień goryczy… Kadan nie lubił zabijać. Robił to, gdy musiał. W tej chwili musiał, nie żałował podjętej decyzji, ale… wolałby jej zwyczajnie nie podejmować.
Sheolo podążyła za innymi jeźdźcami, przywiązując konia do jednego z drzew okalających obozowisko. Czuła się co najmniej dziwnie. Mimowolnie oglądając się od czasu do czasu na drogę, którą tam przyjechali, walczyła z towarzyszącym jej, nieprzyjemnym uczuciem. Nie potrafiła go nazwać. Przypominało jej to mieszankę ekscytacji z poczuciem winy.
Ludzie rozpoczęli intensywne prace. Ściągali z koni skórzane zawiniątka, stawiali namioty, rozpalali ogniska. Sheolo poczuła się w tym zagubiona - jako wilczur, miała odruchową potrzebę wsparcia oddziału, który w jej myślach kojarzył się z nową watahą. Rozglądała się, próbując znaleźć dla siebie zajęcie. Jej oczy spotkały się z nieprzytomnym, zamglonym spojrzeniem jednego z ciężko rannych. Na ten widok, brwi dziewczyny powędrowały w dół, a usta nieco rozchyliły się w wyrazie konsternacji. Po chwili jednak zebrała się w garść i podeszła do sanitariuszy, pytając, czy czegoś potrzebują. Młoda medyczka już zrobiła wdech, by coś powiedzieć, ale uprzedziła ją sanitariuszka prowadząca.
- Mamy wszystko, czego nam trzeba - zagrzmiała. - Zajmij się sobą.
Dziewczyna obrzuciła spojrzeniem ludzkie zapasy.
- Gdyby wam zabrakło ziół albo skóry…
- Odejdź. Radzimy sobie.
Wilczyca uznała, że nie ma sensu się kłócić. Pokiwała głową, a młodsza medyczka wzruszyła przepraszająco ramionami, zerkając ukradkiem na swoją przełożoną.
Zdecydowała przygotować coś dla siebie, chociaż ponowny napływ adrenaliny, mający miejsce przy podejmowaniu trudnej decyzji, kompletnie usunął objawy zmęczenia. Co prawda nadal dokuczały jej naderwane mięśnie ramion, ale miewała już tego typu obrażenia i wiedziała, że z czasem drażniące objawy przejdą. Wpatrując się tępawo w organizujących obozowisko ludzi, zaczęła poruszać barkami, oceniając własną sprawność. Miała ochotę ściągnąć kosę z pleców, ale nie czuła się na siłach, by ją teraz oglądać.
Wtem, ktoś położył dłoń na jej ramieniu.
- Hej, młoda. - Odwróciła głowę do Dziadka. - Powinnaś odpocząć.
- Nie jestem zmęczona - mruknęła ponuro, zrezygnowana.
- Twój ton mówi mi co innego.
- Nie o to chodzi - westchnęła niecierpliwie. - Dzięki za troskę, ale nie ma potrzeby umartwiania się zwierzętami.
- Czyżbym wyczuwał kobiece zdenerwowanie? - zaśmiał się starszy żołnierz.
- Nie. Czy ja wyglądam, jakbym żartowała? Lub się żaliła? - pytała głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Absolutnie! Ale, odkąd jesteś jedną z nas, będą cię dotyczyć te same zasady, co innych. W to wliczają się także normy korzystne dla obywatela.
- Więc posłuchaj, zanim uznasz mnie za jedną z was. Nie obchodzą mnie wasze zasady, podobnie, jak nie obchodziły mnie zasady mojej matki. Robię to, co uważam za stosowne. Możesz iść to powiedzieć swojemu dowódcy.
- I uważasz, że co zrobi? - chrypiał, wciąż rozbawiony. - Wyrzuci cię za to?
- Dokładnie?
Wojownik machnął ręką, aż mu się przekrzywił hełm, którego nie zdążył do tej pory do końca odpiąć.
- Gdyby Kadan trzymał w swoim oddziale tych, którzy ślepo podążają za zasadami… - zaczął, znacząco urywając zdanie. - Nie. Jego szacunku nie zyskują ci, którzy przyjmują każdy rozkaz bezkrytycznie.
Sheolo milczała. Usiadła na kamieniu obok, prostując nogi i podpierając na nich dłonie. Wzrok wbiła w ziemię przed sobą.
- No, już. Widziałem, że rozmawiałaś z Leilą. Zepsuła ci humor, prawda? - zapytał litościwie Dziadek.
- Skąd. Niby czemu.
- Kłamanie nie wychodzi za dobrze Wilkowatym, co?
Dziewczyna westchnęła, patrząc w bok.
- Widzisz, nie kłamię. Niby dlaczego miałaby mi psuć nastrój? Zadałam pytanie, dostałam odpowiedź.
- Nazywa się Kheleii la Verde, ale o wiele częściej mówimy na nią Leila. No wiesz, środek jej imienia. To jedna z tych, która za łatwo w życiu nie miała. Musisz jej wybaczyć pewne uprzedzenia. Myślę, że to przejdzie.
- Nie będzie lepiej. Może być tylko gorzej - przytoczyła słowa Assiento, wstając i idąc w stronę lasu.
- A ciebie gdzie niesie? - zawołał za nią Dziadek.
- Idę się przejść.
- A gdyby dowódca zapytał, gdzie jesteś?
- A co go interesuje, gdzie się zaplątał jego dzikus? - prychnęła, obracając się do rozmówcy i unosząc ręce w geście niewiedzy. - Idę patrolować teren. Mówiłam, że bezpieczniej byłoby zostać na terenie Dur’Khan. Tam nigdy nic nie przyłaziło, a tutaj może na nas wpaść rodzinka zmokłych Pum.
- Oczywiście. Ale gdyby znudził ci się samotny patrol, my prowadzimy swój. Tutaj, w pobliżu. Będziemy na ciebie czekać. Poza tym - dodał, ponownie przyjmując swój żartobliwy, chrypiący wydźwięk. - jednemu młodemu przydałoby się przetrzebić skórę, a co! Zajdź go z tyłu, a zobaczysz, jaki do przodu!
Sheolo mimowolnie uśmiechnęła się. W duchu przyznała, że chciałaby posłuchać, jak ta dwójka się przekomarza. Kiwnęła głową, wchodząc w nocną ciemność.
Długo spacerowała, zamyślona. Bo przecież miała o czym rozmyślać. Kilka krótkich chwil przewróciło jej życie do góry nogami. A jeszcze nie wiedziała, czy ten przewrót był słuszny i czy na pewno powinna dać się wywrócić. Nie radziła sobie z emocjami, które gotowały jej wilczą krew i rozpędzały serce do granic wytrzymałości. Przynajmniej tak było przed chwilą, bo teraz, wędrując w zroszonej gęstwinie, wchodziła w moment wyciszenia. Słuchając pohukiwania sowy, śpiewu dziesiątek cykad i świerszczy, czy odgłosów skrzekliwych żab, przypominała sobie o fundamentalnych zasadach kierujących jej bytem. Teoretycznie prostych, acz kluczowych.
Natura. Życie i śmierć. Urodzajny cud narodzin, zachodzący na równi z melancholią zniszczenia, spopielenia. Ten wieczny, boski cykl obejmował każdą istotę, tak jak i każde miejsce na świecie. I podobnie, analogicznie, każdy mógł wystąpić wbrew niemu, zaburzając go.
Te rozmyślania zadziałały na dziewczynę oczyszczająco. Uspokoiła się, pozwalając ciału odpocząć od stresu i napięcia spowodowanych adrenaliną. Przymknęła oczy, pozwalając okowom podświadomości opaść, a pod powiekami poczuła zbierające się łzy.
Wracając do obozowiska, przypomniała sobie o zaproszeniu od Dziadka. Skupiła się, prędko wyłapując czujnym słuchem rozmowy jakiejś grupy mężczyzn. Zbliżając się, rozpoznała kilka głosów.
- A tego wielkiego? Ha! Tak go, w pół złamałem!
- Oczywiście, dziadku. Nie licząc, że drugiego, który właśnie chciał ci oderwać głowę, musieliśmy we trzech odciągać.
- Ach, te dzisiejsze młodziki! Ja w waszym wieku dałbym sobie radę z dwoma!
- No nie, ten znowu o swoich młodych latach… - Rozległy się śmiechy i rozbawione westchnienia.
- Skoro takie z was kozaki… - wtrąciła się Sheolo, wychodząc z leśnej gęstwiny typowym dla siebie, wilczym krokiem. - To jam ciekawa, który by poszedł na solo z moją matuszką.
- Ooo, żesz kurwa - zaśmiał się któryś z młodszych. - Nawet mi o tej potworze nie mów.
- Kto z nią walczył, skoro już o tym mówimy?
- Jak to kto? Stoi przed wami! - zachrypiał Dziadek.
- No proszę, tylko nie mów, że ty, bo i tak nie uwierzę - zadrwił młody.
- Nie ja, guptoku! Ona!
- Och. No tak. W końcu, jak się to mówi, krew z krwi… - podsumował, jak zdążyła zauważyć dziewczyna, szatyn, po czym napił się czegoś z metalowej piersiówki.
- Nie - zaprzeczyła stanowczo. - Nie dałabym jej rady.
- Ale za to, jak pięknie ją wytrzymałaś. Potwora nawet nie wiedziała, kiedy zdechła.
- Przypomnij, jak ci na imię…? - zaczepił jakiś, którego widziała pierwszy raz.
- Sheolo. Wam?
- Stary to Roger, ale mówimy na niego Dziadek. Chyba zorientowałaś się, czemu - żartował szatyn, aż dostał od Dziadka pstryczka w ucho. - Na mnie mówią Nero, a ci tutaj, to Severus, Avar i Tehshevuz.
- Kurwa, jak? Kto cię nazywał, moja stara? - skomentowała wrednie Wilczyca ostatnie z imion.
Zanim jednak jego właściciel zdążył zareagować, zastąpił go Nero.
- Dlatego właśnie mówimy na niego Wózek! Nie nasza wina, że jego stary był pod wrażeniem kultur plemiennych!
- Pod wrażeniem? Myślałam, że wy, ludzie, chcecie nas dojebać, a nie poznawać naszą kulturę.
- I tutaj docieramy do przyczyny, dlaczego większość z nas robi w tym oddziale, a nie w królewskim.
- Nie w królewskim…? - zdziwiła się Sheolo. - Zaraz, zaraz. Nie znam się na tym, ale… ktoś ode mnie, powiedzmy, znał się. Wy, ludzie, macie przecież jednego przywódcę.
- A wydaje ci się, że ty to jedyna taka księżniczka, która się zbuntowała? - zarechotał Roger, pociągając kolejny łyk ze swojego pokaźnych rozmiarów bukłaka.
Sheolo wcale dyskretnie pochyliła się do przodu, bezczelnie wąchając powietrze.
- Co wy pijecie? Śmierdzi.
- Śmierdzi?! Wypluj to słowo, dziewczyno! - śmiał się stary. - Czy ty nigdy nie piłaś gorzały?
- Czego?
- Nie wierzę - parsknął szatyn, popijając wódki.
- Alkohol. Napój bogów!
- Nie wydaje mi się… - mrużyła oczy Sheolo, pozostając sceptyczną.
- Widzisz, my, ludzie, uwielbiamy to pić. Powiedzmy, że to nasz sposób spędzania czasu.
- Um… - Wilczyca nie potrafiła zrozumieć. - To… wasz zwyczaj? Picie tego… czegoś?
- Dokładnie…! No, tak to można określić. - Przewrócił oczami Nero.
- My tu gadu gadu… - zachrypiał stary, wyciągając zza pasa kolejny bukłak. - A skoro już taki dobry temat do rozmowy się objawił, to trzeba przy nim wypić!
- Ta jest! - zawtórowali młodsi. - To są te rzadkie przypadki, kiedy słusznie prawisz! - dodał Avar.
Roger wcisnął Sheolo bukłak, a ona niepewnie poniuchała przy otworze.
- No, dalej! Spróbuj sama! - zachęcał ją stary.
- Ble. To jest ohydne - skrzywiła się Sheolo, na co mężczyźni chóralnie wybuchnęli śmiechem.
- Jest takie powiedzenie, że jeśli ci smakuje, to już źle - zauważył Severus.
- Dobra. Wyjaśnijcie mi, po co pijecie coś, co wcale wam nie smakuje?
- To nie ma smakować. To nadaje atmosferę - śmiał się Nero.
- Co?
- Wypij odpowiednią ilość, a będziesz w lepszym nastroju. Wypij za dużo, a się przewrócisz. Ot, cała filozofia. Przy czym pamiętaj, że nie wypada pozostawać w tyle! - tłumaczył w zacny sposób Roger, kołysząc się wesoło.
- Ech… czekajcie… czy to jest trucizna…? - zapytała ze zrezygnowaniem dziewczyna.
- Jaka tam trucizna! - pozornie obruszył się jeden z nich, pociągając kolejny, duży łyk.
Sheolo znała tego typu substancje, ale tylko od Wężowatych. Assiento opowiadał jej, że Węże - odporni na większość toksyn - uwielbiali poszukiwać substancji, które w jakiś sposób by im zaszkodziły. Przyrządzając z nich mocne dawki trucizn, pili je lub wstrzykiwali do krwiobiegu, testując efekty. Nie znała innej rasy, jaka chciałaby sobie szkodzić, szukając zabawy. Westchnęła, postanawiając przyjąć ten wężowy i, jak się okazało, ludzki zwyczaj.
Sprawdzacie, który z was wytrzyma więcej trucizny, co…?, zastanawiała się, obserwując rozszerzające się źrenice niektórych wojowników. Zauważyła też, że zaczynają zachowywać się nieco inaczej - przede wszystkim, ich koordynacja ruchowa oraz gesty przypominały teraz bardziej wilcze, niż ludzkie.
Sheolo przypadkowo odkryła, że wzorem ludzkości został dla niej pewien odziany w zbroję, chodzący dumnym i zdecydowanym krokiem mężczyzna, wysoki, można by wręcz rzec, że książę na czarnym koniu.
Zamrugała, odrzucając od siebie pewne myśli i zaczęła pić.
- Tylko uważaj, żeby nas tu książę nie dorwał! - Kiwał się ze śmiechu Avar. - Bo nas pozabija!
- Co?! Nie wolno wam pić na warcie?! - teatralnie krzyknęła Sheolo, wytrzeszczając oczy.
- No… nie… ale mu nie doniesiesz, prawda?
Zapadła niezręczna cisza. W końcu, Sheolo parsknęła.
- No, to chlejemy!
- Aye! - odpowiedział jej zadowolony chór głosów.