To nie była jego wojna.
On był inny. Był jednym z dzieci, które urodziły się w
czasach, gdy początki wojny były już historią. Czymś, czego uczyli dorośli, a
co przestało być ważne właśnie z tego względu. Dla niego nie istniały stare
spory. Wyroki, które podlegać nie mogły żadnemu istniejącemu prawu, były czymś,
co przepaść powinno w odmętach czasu; całkiem straciły swoje znaczenie.
Oczywiście tak jemu, jak i innym, wpajano nienawiść. Była to
naturalna kolej rzeczy. Ot, tam był wróg, zabić go należało i doszczętnie
zniszczyć to, czym był. Wielu przyjęło te nauki. Wchłonęło przekonania o
słuszności wojny i podążało za nimi ślepo. Ale nie on.
Życie nauczyło go, że nie ma jednego winnego. Wszak historia
ukazywała nie raz, że wina zawsze leżała gdzieś po środku, między dwoma
przekonaniami i odmiennymi spojrzeniami na świat. Kadan nie był do tego głupi…
Nie był jednym z tych idiotów, którzy twierdzili, że nieludzie to istoty
niegodne. Winni być narzędziami, jak zwierzęta, lub nie istnieć wcale. Przecież
sama nazwa wskazywała, że bliżej im było do zwierząt niźli ludzi, którzy władać
powinni niepodzielnie całym znanym światem.
Wojna trwała wciąż, zbierając kolejne żniwa, od
osiemdziesięciu lat. I trwać miała nadal póki istnieli ludzie, którzy jej
pragnęli bardziej niż czegokolwiek innego. Kierowani chęcią zysku, pragnieniem
podtrzymania strachu, który dawał przecież ogromną władzę czy zwyczajną
nienawiścią, która popychała do zemsty za stare krzywdy i rozdrapywane od nowa
rany.
Ale to nie była jego wojna…
On pragnął spokoju. Opuścił dom ojca, by osiąść na swych
ziemiach i bronić ich. Tylko tyle. Mimo próśb i gróźb nie uniósł miecza by
walczyć z wrogiem, który dawno już przestał być zagrożeniem, jeśli się go do
tego nie zmuszało… Za jego przykładam zaczęli iść inni. Zmęczeni wojną,
pragnący pokoju lub już utrzymujący przyjazne stosunki z tymi, którzy ponoć
mieli być potępieni. Niestety było to nie w smak ludziom takim, jak jego
ojciec, król.
Garinagroth pragnął bowiem wojny. Pragnął siły, jaką dawał
strach, który łączył ludzi pod jego dowództwem; który sprawiał, że byli w
stanie zaoferować wszystko, byle tylko chronił ich przed zagrożeniem. Wielu
było nieświadomych jak nikle byłoby owo zagrożenie, gdyby zostawić dzikich w
spokoju. Pozwolić im żyć tam, gdzie i tak niewielu ludzi się zapuszczało. Król skrzętnie
z tego korzystał i podsycał konflikt wiedziony zemstą, pogardą i pragnieniem
poszerzania wpływów.
Dlatego to nie była jego wojna, nawet, jeśli Kadan był następcą
tronu, pragnął z całych sił odciąć się od tego. A mimo to siedział teraz
wysłuchawszy raportu i wpatrując się w rozłożone mapy.
Mające już swoje lata, pożółkłe zwoje, na których starannie nakreślono
linie oznaczające trakty, rzeki, góry i miasta, leżały na wielkim, dębowym
stole. Mebel był bogato zdobiony i ciężki, tak, jak i reszta sprzętów w
gabinecie młodego księcia. Kontrastowały idealnie ze zwiewnymi zasłonami z
jasnego, przetykanego złotymi nićmi płótna i obiciami z miękkiego, czerwonego
pluszu.
Tak, Kadan lubił zasiąść w miękkim fotelu, z kielichem
pełnym mocnego wina, pośród luksusów i przepychu właściwym jego urodzeniu i
pozycji. Nawet, jeśli była to jedno z niewielu rzeczy, którą lubił. Nie dla
niego była bowiem dworska etykieta. Polityczne zagrywki i długie, podszyte
podstępem, negocjacje męczyły go i sprawiały, że jego cierpliwość ulatniała się
tak szybko, jak kolejne kochanki z sypialni jego ojca. Nie było w nim tego
specyficznego rodzaju fałszu, który pozwoliłby mu kłamać i manipulować innymi.
Wolał karać tych, którzy na to zasługiwali i odwdzięczać się szacunkiem tym,
którzy na niego zapracowali.
Młody mężczyzna zaklął i wstał przez chwilę mając ogromną
ochotę cisnąć pergaminami w posłańca. Tak, jakby mogło to sprawić, że jego
problem zniknie… ale tak być nie mogło.
- Jesteś tego pewien? – zapytał Kadan spoglądając na swego
sługę intensywnie.
- Owszem, panie… Twój ojciec sam wysłał tam karawanę… -
Wysoki, smukły mężczyzna o chytrej twarzy, która mogła należeć tak do
szlachcica, jak i szpiega, wytrzymywał pełne złości spojrzenie swego pana. Wiedział,
że lepiej było nie denerwować księcia, ale wydano mu rozkaz i wykonać go
zamierzał do końca. Wiedział przecież, że wieści, jakkolwiek złe by nie były,
nie były jego winą, a Kadan nie zwykł karać niewinnych. Nie był swoim ojcem, w
którym gniew wrzał tak, że często przysłaniał zdrowy rozsądek.
Znów w powietrzu zawisła kolejna wiązanka przekleństw.
Przepełnionych szczerą złością i nienawiścią. Kadan wiedział, że właśnie
wszystko się psuło… wątły rozejm i chwilowy spokój miały zostać zburzone, bo
jego ojciec postanowił włożyć kij w mrowisko…
Jasne oczy księcia znów spoczęły na mapie, na miejscu, gdzie
leżały ziemie objęte wciąż wojną. Miejsce to zamieszkiwali Wilkowaci, a opodal
swoje włości oznaczali Wężowaci i Kotowaci. Było to jedno z tych miejsc, gdzie
ludzie nie powinni się zapuszczać. Król wysyłał tam już kilka oddziałów, a one
ginęły bez wieści. A teraz..? Teraz posłał tam także cywilów. Po co? Cóż… było
to nader oczywiste. Źli nieludzie atakowali bezbronnych cywilów, do tego jakiś
mało znaczący ród, zubożałego szlachetki, więc inni nagle poczuwali się do
odpowiedzialności by pomścić tych, którymi wcześniej pogardzali… Tak to działało
i tak też miało działać tym razem. No chyba, ze ktoś coś z tym zrobi…
- Szykuj ludzi – rzucił książę i dopił resztę wina z pucharu
by zaraz wyjść i wydać jeszcze kilka poleceń swym podwładnym.
* * * * * * * *
Siedemdziesięciu dwóch konnych pędziło traktem. Budząc
ogólny podziw i strach, gdy ciężkie kopyta bojowych, zbrojnych wierzchowców
ryły bruzdy w wyschniętej ziemi. Trzydziestu rycerzy okutych w zbroje bez herbu
na znak tego, że odpowiadać nie będę pod władzą królewską, dzierżyło długie,
ciężkie miecze, ściskając je w pancernych rękawicach. Ich twarze zasłaniały hełmy
zdobione przez błękitne pióropusze. Jedyne, co ukazywać miało pod czyim
rozkazem walczą.
Tuż za nimi jechało czterdziestu
lżejszych jeźdźców wyposażonych w krótkie łuki, idealne do zadawania śmierci z
siodeł oraz wykrzywione szable. Lżejsze, skoczne konie pragnęły wyrwać się
przodem i pędzić już ku celowi podróży. Ponieść ubranych w skurzane, wzmacniane
kolczugą, zbroje, jeźdźców. Ci jednak powstrzymywali je, pozostając w szyku tak,
jak im rozkazano.
Kurz unosił się niczym mgła, z której wyrastały poszczególne
sylwetki, a blask słońca odbijający się od wypolerowanego metalu raził i
przyciągał wzrok jednocześnie.
Jechali na wojnę…
Na czele tej armii, na ogromnym, karym ogierze, jechał
książę. Jak to miał w zwyczaju: omiatał wszystko wokół chłodnym spojrzeniem, w
którym wielu widziało tylko wyższość. Na jego piersi również nie było żadnego
herbu. Jako następca tronu walczyć winien pod sztandarem swego ojca, a tego
czynić nie chciał. To przez niego w końcu był tutaj, przeklinając w duchu to,
że znów mieszać się musiał w coś, w co zwyczajnie nie chciał. To nie była jego
wojna i nie on powinien spieszyć teraz by ratować wątłe złudzenie pokoju. Nie
mógł jednak pozwolić by znów wszystko pogrążyło się w chaosie. Nie tym razem…
Dlatego prowadzić musiał własną wojnę, nawet jeśli liczył w duchu, że zdoła
jeszcze jej uniknąć… Nie zdołał.
* * * * * * * *
Chwila do ataku była tak idealna, jak tragiczna…
Plemię, które musiało zostać przetrzebione tak, jak tłumi
się pierwsze iskry przyszłego pożaru, tańczące pośród wichury. Rozradowane i
zajęte spijaniem krwi tych, których Kadan przybył bronić… Cel idealny do ataku,
który spaść miał na dzikich za późno.
Armia spadła na dzikich jak grom z jasnego nieba. Zbliżająca
się burza, zawodzenie oszalałego wiatru i głośne śpiewy stłumiły tętent kopyt.
Rycerze wbili się w środek zbiorowiska tuż po tym jak w dzikich uderzyła
pierwsza salwa strzał. Wielkie, ciężkie wierzchowce wpadły na silne ciała
Wilkowatych, tratując je. Łamiąc kości i rozbijając czaski. Łucznicy krążyli
wokół pola bitwy celnie wypuszczając śmiercionośne pociski. Ostra stal
dopełniała dzieła, a świszczące wokół strzały zbierały kolejne żniwa pośród
wrogów.
Ci jednak nie byli bezbronni. Instynkt pchał ich do obrony,
a wrodzona furia sprawiała, że rzucali się na atakujących; tnąc, szarpiąc i
starając się rozerwać wszystko, co stanęło na ich drodze, nawet, gdy ciała ich
broczyły już we własnej krwi, a kończyny zdawały się zwisać bezwładnie. Powalali
wierzchowce, ściągali okutych w zbroję rycerzy, pragnąc pomsty za śmierć
współplemieńców.
Kadan wjechał na czele swej armii, prosto w centrum rytuału.
Jego długi miecz powalił dwóch dzikich, kolejny padł, gdy zawarta w jego krwi
woda zaczęła nagle wydobywać się z jego ciała każdą możliwą drogą. Popędził
konia naprzód, by dopaść kolejnych Wilkowatych.
Kary ogier zachwiał się jednak, potykając, gdy jeden z
dzikich wpadł na zwierzę z impetem, starając się dopaść jeźdźca. Książę upadł,
szybko jednak stanął na nogi i pewniej chwycił miecz, by przeszyć ostrzem ciało
wroga. Raz, później drugi, bo ciało Wilka wciąż spinało się, gotowe jakby do
kolejnego zrywu mimo rany, która byłaby śmiertelna dla każdego innego
stworzenia.
Wtem uwagę księcia przykuło pełne wściekłości wycie. Widział
dziewczynę, która broniła się przed ciosami oszalałej szamanki. Starsza z
kobiet, odziana w kości i krew zdawała się nie dostrzegać niczego poza
upatrzoną sobie ofiarą. Kosa, którą dzierżyła, błyszczała raz po raz tylko
cudem nie niosąc śmierci dziewczynie.
Mężczyzna skoczył w ich stronę instynktownie. Korzystając z
okazji by skrócić o głowę przywódczynię tego chaosu. W tej chwili i on zapałał
nienawiścią do tej bestii w ciele kobiety. Przez takie stworzenia jak szamanka
ludzie wciąż postrzegali dzikich, jako zwierzęta.
Ostrze przeszyło powietrze. Pchane siłą mięśni i gniewu,
napotkało skórę, ścięgna i kości. Ani na chwile jednak nie zwolniło, tną tkanki
i rozlewając gorącą posokę; kończąc żywot bestii odpowiedzialnej za cała tę rzeź.
Kadan stanął nad ciałem pokonanej. Wraz z tym, jak ucichł
łoskot opadającego ciała i toczącej się po kamieniu głowy, przycichło i
wszystko inne. Bitwa zakończyła się tak szybko, jak się zaczęła. Wilkowaci
polegli, odnosząc całkowitą i ostateczną klęskę, a ich ciała ścieliły się
gęsto, unurzane we krwi, którą tak za życia wielbili spijać z innych. Tym razem
była to jednak w zdecydowanej większości ich własna krew.
- Zabierzcie dzieciaki i pomóżcie rannym – nakazał książę.
Jeden z żołnierzy zwrócił uwagę Kadana na młodą dziewczynę,
która chwilę wcześniej walczyła z przywódczynią, jak nie trudno było się
domyślić, swego plemienia.
Książę obrzucił ocalałą uważnym spojrzeniem. Widział wycelowane
w nią groty strzał i słyszał szczęk wyciąganych w jej stronę ostrzy. Uniósł
wiec dłoń by nakazać swoim ludziom spokój. Nie czuł od Wilczycy agresji i
wątpił, by ta rzuciła się na niego w akcie zemsty. Gdyby miała to zrobić, już
by to uczyniła. Wilkowaci nie nadawali się do podstępów.
Tak jak podejrzewał dziewczyna odezwała się, a w jej głosie słychać
było głównie zmęczenie. Zaśmiał się krótko na jej słowa, nawet, jeśli za jego
plecami rozległo się kilka oburzonych głosów. Nie miał zamiaru zabijać
dziewczyny. Stanęła przeciwko swoim, pomogła dzieciom, a do tego czuł, że nie
stanowi, wbrew pozorom, zagrożenia.
- Masz dwa wyjścia. Albo zostaniesz tutaj, albo pójdziesz z
nami. – Spoglądał wciąż na dziewczynę. Ciekawiła go. – Decyduj szybko, bo nie
ty jedna chcesz dziś odpocząć – rzucił jeszcze i odwrócił się by wsiąść na
przyprowadzonego mu konia. Decyzja należała do dziewczyny, nie do niego…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz